utworzone przez Justyna Nater | maj 17, 2019 | Artykuły
Nairobi. Stolica Kenii.
Jedno z największych miast Afryki Wschodniej, w którym znajduje się wiele siedzib ważnych firm, luksusowe hotele i ambasady. Równocześnie na jego terenie znajduje się największa stolica biedy w tym rejonie Afryki – Kibera, stanowiąca drugie pod względem co do wielkości slumsy na kontynencie. Jednak nie jest to jedyne miejsce tego typu w Nairobi. Bliżej centrum miasta znajdują się trochę mniejsze slumsy – Korogocho, które stanowią dom dla około 175 tysięcy ludzi, mieszkających na powierzchni półtora kilometra kwadratowego.

Korogocho graniczy z jednym z głównych wysypisk śmieci w Nairobi – Dandorą. Miasto radzi sobie ze śmieciami w nietypowy sposób – paląc je. Jak można się domyślić, powstający przy tym dym jest poważnym zagrożeniem dla zdrowia i znacznie obniża jakość codziennego funkcjonowania mieszkających tam ludzi. Poza tym, na wysypiskach obserwuje się też przestępczość – wiele osób przeszukuje wysypiska, szukając przedmiotów, które mogłyby zapewnić im nawet najmniejszy zarobek.
Na terenie graniczącym bezpośrednio z płonącymi wysypiskami śmieci znajduje się szkoła, w której działa amatorska orkiestra symfoniczna. Tworzą ją miejscowe dzieci i nastolatki, bowiem organizacja The Art Of Music oferuje im darmową naukę gry na instrumentach. Całość powstała dzięki staraniom Elizabeth Njoroge, działaczki społecznej i miłośniczki muzyki klasycznej, która w 2008 roku założyła projekt edukacyjny – Ghetto Classics. Możliwe, że kojarzycie go ze współpracy z projektem Radzimira Dębskiego (JIMEK). Codzienność w Korogocho nie należy do łatwych, a muzyka staje się możliwością zmiany i daje szanse na dostanie się na studia muzyczne. Inicjatywa pomaga dzieciom choć na chwilę zapomnieć o trudach codziennego dnia i odciąga myśli od prób popełniania drobnych przestępstw.

Pewnego dnia dowiedzieliśmy się, że niektóre dzieci w Ghetto Classics narzekają na problemy ze wzrokiem. Nie mogą odczytać nut, co utrudnia im naukę. Ekipa Refraction, która jest częścią stowarzyszenia Leczymy z Misją, postanowiła coś na to zaradzić.
We wrześniu 2018 roku wybraliśmy się do Korogocho, aby zadbać o wzrok zarówno dzieci należących do Ghetto Classics, jak i ich rodzin. Badaliśmy wzrok, dobieraliśmy odpowiednie okulary, a nasza okulistka wprowadzała podstawowe leczenie. Nasza działalność cieszyła się ogromym zainteresowaniem, a pod drzwiami stały w oczekiwaniu długie kolejki chętnych.

Wielu z Was zadała sobie pewnie pytanie – no ale jak to, w stolicy kraju ludzie nie mają dostępu do okularów czy specjalistów?
Oczywiście, w Nairobi bez problemu można iść do optyka i kupić sobie okulary. Jednak dla mieszkańców slumsów, którzy najczęściej mają do dyspozycji kilkanaście czy kilkadziesiąt szylingów kenijskich dziennie, by utrzymać za to całą rodzinę – jest to po prostu nieosiągalne.
Pomoc naszego projektu była na tyle nieodzowna, iż zostaliśmy poproszeni, aby odwiedzić jeszcze raz Ghetto Classics. Wrócimy do tej samej szkoły co rok temu, ale będziemy zajmować się również innymi szkołami będącymi pod opieką fundacji.

Z tego miejsca chcę się zwrócić do Was z ogromną prośbą.
Nasz wyjazd odbędzie się w lipcu, a zapasy okularów, które posiadamy, mogą nie wystarczyć do przebadania i zaopatrzenia oczekiwanej przez nas liczby pacjentów – dlatego postanowiliśmy zorganizować ZBIÓRKĘ OKULARÓW.
[rl_gallery id=”2677″]
Masz w domu okulary, które już Ci się znudziły i zamieniłeś je na lepszy model? A może Twoja mama czy babcia nie korzystają już ze swoich okularów do czytania, gdyż te z biegiem czasu okazały się być dla nich za słabe?
Pomóż nam i wesprzyj naszą zbiórkę!
Dzięki Twoim starym, kurzącym się okularom, które od dawna wpisały się w wystrój Twojej szuflady, my będziemy mogli kolejny raz zmieniać czyjeś spojrzenie na świat!
To jak, pomożecie?
Masz w szufladzie dawno nienoszone okulary, które są w dobrym stanie i mogłyby posłużyć komuś innemu?
Albo wiesz, że Twoja mama, babcia, tata już dawno wymienili stary model na inny, bo wyszedł z mody?
Prześlij je do nas!
Na okulary – zadbane, czyste, bez śladów zużycia – czekamy do połowy czerwca. Dzięki temu ekipa RefrACTION będzie mogła je posortować, przebrać i zabrać ze sobą do Kenii już w lipcu. i, co najważniejsze – wielu Kenijczyków, w tym głównie dzieci ze szkoły w slumsach Korogocho, będzie mogło cieszyć się lepszym wzrokiem już niedługo!
Do 16.06.2019 roku czekamy na paczki przesłane pod adres:
Stowarzyszenie Leczymy z Misją
ul. Rokietnicka 5E
60-806 Poznań
— Natalia Kosmowska
utworzone przez Justyna Nater | kwi 24, 2019 | Artykuły
Dzisiaj 24 kwietnia 2019 r. Światowa Organizacja Zdrowia WHO opublikowała najnowsze wytyczne, dotyczące korzystania przez dzieci z urządzeń elektronicznych. Ten krótki wpis będzie idealnym uzupełnieniem do tekstu Elektroniczne dzieci – jeśli jeszcze go nie czytaliście, zachęcam gorąco.
To, co mnie znowu trochę smuci, to że w tych wytycznych jest mowa o aktywności, otyłości, problemach z jakością snu, znowu mało o wzroku. Ale ważne, że takie wytyczne zostały opracowane i przedstawiają się następująco:
- do 2. roku życia bez dostępu do ekranów urządzeń elektronicznych; 0-3 miesiąc życia – 14-17 godzin snu dobrej jakości / 4-11miesiąc życia – 12-16 godzin – włączając drzemki; pomiędzy 1 a 2 rokiem życia 11-14 godzin snu;
- do 4-5. roku życia dostęp do ekranów elektronicznych MAKSYMALNIE godzina dziennie, a im mniej tym lepiej; 10-13 godzin snu dobrej jakości.
WHO opisuje również dokładnie ilość czasu, jaką dziecko powinno poświęcić na adekwatną do wieku aktywność fizyczną – warto zapoznać się z pełnym dokumentem.
Dzieci mają za mało aktywności fizycznej, wzrasta problem otyłości, rośnie również liczba osób z krótkowzrocznością na świecie. Polecam serdecznie zapoznać się zarówno z dokumentem WHO, jak i ze wspomnianym wcześniej tekstem Elektroniczne Dzieci. Problem ma skalę globalną i to my dorośli powinniśmy w tej kwestii reagować. Dbając o dzieci, jak również o nas samych – odpowiednią ilość aktywności fizycznej, zdrowy tryb życia oraz ograniczanie czasu spędzanego ze smartfonem w ręku.

_________________________
źródła
https://apps.who.int/iris/bitstream/handle/10665/311664/9789241550536-eng.pdf?sequence=1&isAllowed=y
http://news.trust.org//item/20190424125844-jb0r6/
https://www.who.int/news-room/detail/24-04-2019-to-grow-up-healthy-children-need-to-sit-less-and-play-more
utworzone przez Justyna Nater | kwi 4, 2019 | Artykuły
Rodzice bardzo często zastanawiają się, czy mogą dawać swojemu dziecku do zabawy urządzenia elektroniczne i jeśli tak, to na jak długo. Przez zabawę mam na myśli oczywiście chociażby oglądanie bajek, czy w przypadku nieco starszych dzieci, granie w różnorakie gry. Zdania na ten temat są mocno podzielone i to nie tylko wśród rodziców, ale i wśród specjalistów.
Niedawno zwróciłam uwagę na słowa, jakie padły w jednej z audycji radiowych (nie chcę mówić jakiego radia, ale kto widział relację na Instagramie ten i tak wie, o które chodzi), które brzmiały mniej więcej tak – „W dzisiejszych czasach to tak naprawdę można znaleźć wyniki badań, które będą zawsze pasowały do tego, co chcemy akurat udowodnić i o czym powiedzieć.” Mogło być to powiedziane nieco inaczej, ale sens był dokładnie taki. W audycji mówiono właśnie o dzieciach korzystających z urządzeń elektronicznych. Do radia dzwonili rodzice, którzy przedstawiali swoje doświadczenia w tym temacie. I zupełnie szczerze muszę przyznać, że postawa rodziców podobała mi się dużo bardziej, niż postawa samych redaktorów, którzy reagowali żartobliwie na informacje o tym, że np. dane dziecko w ogóle nie korzysta z urządzeń elektronicznych. Ale temat nie dotyczy audycji radiowej, tylko ogólnego problemu.
A w czym jest ten problem?
Zauważyliście może, że kiedy rozmawia się na temat dostępu dzieci do urządzeń elektronicznych, porusza się głównie aspekty psychologiczne, rozwojowe, umysłowe itp.?
Z jednej strony dostajemy informację:
ogranicz dziecku czas z telefonem / tabletem, ponieważ:
– uzależni się,
– będzie miało problem z nawiązywaniem kontaktów z otoczeniem,
– będzie nerwowe,
– nie rozwinie w odpowiednim czasie umiejętności mówienia,
– będzie wolniej się rozwijać,
– będzie miało problemy ze snem,
– jest obawa, że trafi na niewłaściwe dla niego informacje, zdjęcia, aplikacje, gry
itp.
a jednocześnie:
pozwalaj dziecku na zabawy z urządzeniami elektronicznymi, ponieważ:
– rozwijają jego wyobraźnię,
– rozwijają umiejętności analityczne,
– budują pewność siebie, (…)
oglądałam też materiał BBC – „What are the Effects of Tablets and Smartphones on Babies’ Brains?„, który ma chyba za zadanie przekonać rodzica, że jednak dzieci korzystające z tabletów i smartfonów są bystrzejsze / mądrzejsze / inteligentniejsze ?
Nie podważając wniosków autorów, w filmie występuje jedynie sześcioro dzieci, o których my jako widzowie, nie wiemy nic więcej, jak wygląda ich życie codzienne, inne zajęcia, stan zdrowia itd. (Zanim obejrzycie powyższy film, przeczytajcie proszę tekst do końca.)
Chodzi mi jednak o to, że rodzice z każdej strony bombardowani są sprzecznymi informacjami na temat zalet i wad korzystania z urządzeń elektronicznych przez ich dzieci. A dodatkowo, jest w tym temacie coś, co działa na niektórych rodziców jak płachta na byka, bo bardzo często pod artykułami, infografikami, filmami i wszelkimi innymi materiałami z tym związanymi, pojawiają się komentarze
„Nie udawaj, że jesteś takim idealnym rodzicem.”
„A ja daję mojemu dziecku telefon i jakoś nie widzę po nim, żeby nieprawidłowo się rozwijało.”
„Nie oszukujmy się, nikt z nas nie ma siły, żeby zajmować się dzieckiem 24h/dobę. Jak chcę umyć talerze w spokoju, bajka w telefonie to jedyne rozwiązanie.”
Zwrócę Wam zaraz uwagę na jedno niezwykle ważne, a brakujące ogniwo w powyższym temacie zalet i wad urządzeń elektronicznych, ale najpierw kilka innych informacji…
Jak dziecko może nie wyciągać ręki po telefon, skoro rodzic trzyma w ręku coś świecącego, często kolorowego?
Jak dziecko ma nie być uzależnione od telefonu, skoro rodzic jest?
Nie chodzi o to, żebyście traktowali to personalnie, ja sama mam świadomość, że za często w ciągu dnia sięgam po telefon, już z samego powodu blogowania i robienia wielu rzeczy online. Nie jestem z tego dumna. Ale podczas ostatniego urlopu, kiedy na ponad tydzień schowałam telefon do kieszeni, poczułam taką ulgę i swobodę, że wiele bym dała, gdyby ta część pracy, którą w ten sposób wykonuję, mogła być wykonywana jakoś „analogowo”.
W czym jest problem jeśli chodzi o dorosłych?
Dzieci uczą się, naśladując, próbując, smakując, obserwując, dotykając itd. Dla dziecka rodzic, czy opiekun jest bezwzględnym autorytetem w zachowaniu (przynajmniej dopóki autorytetem nie stanie się kolega ze szkoły). Niektórzy rodzice mówią w gabinecie – „Daliśmy dziecku telefon tylko dlatego, że poszło do szkoły i wszystkie inne dzieci miały, a on nie. Czuł się gorszy!”
Wszystkie inne dzieci mają telefony w szkole, być może z tego samego powodu. Ewentualnie po to, aby móc kontaktować się z rodzicami, ale do tego przecież nie jest potrzeby smartfon ani tablet. Wystarczy urządzenie, które umożliwia wykonanie połączenia lub napisanie smsa – komórka.
Czym jest FOMO?
FOMO to skór od angielskiego Fear of Missing Out – czyli tak zwany lęk przed odłączeniem. Od świata zewnętrznego, od informacji, wydarzeń, od „życia”.
Pamiętam czasy, kiedy jeszcze w domu rodzinnym, żeby mieć Internet musiałam podłączyć długi biały kabel do naszego stacjonarnego telefonu. Kilkanaście sekund dziwnych kosmicznych dźwięków i pyk, połączenie z siecią. A po niecałej godzinie przychodziła mama, że odłącza kabel, bo musi zadzwonić do babci. Tak było. Nie mówiąc o tym, co było wcześniej, kiedy w domu nie było komputera, ani telefonu stacjonarnego. Wysyłało się kartki.
Dzisiaj? Jesteśmy online 24h. Dzisiaj słowa „weekend, wolne, urlop” nie mają racji bytu. Wystarczy pobrać pocztę, wystarczy wejść na Messengera, jeśli mamy tam znajomych z pracy. Nieważne, czy jest czwartek, godzina 22:00 – sms. Niedziela 15:00 – telefon. Wtorek 3:00 – mail. Jesteśmy bez przerwy online. I to nie jest zdrowe.
FOMO to nie pracoholizm, nie jest to również uzależnienie od samego Internetu. Chodzi o typowy lęk. FOMO ma konkretne objawy, które dotyczą kwestii zawodowych oraz prywatnych. Te objawy to bardzo często podenerwowanie oraz irytacja, problemy z koncentracją, czy poczucie zwiększonego poziomu stresu. Bardzo charakterystyczne jest też odczucie przytłoczenia ilością informacji, ale jednocześnie obawa przed odcięciem od nich. Żeby tego było mało, mamy do czynienia już nie tylko z FOMO, ale również HPVS – syndromem fantomowych wibracji. Okazuje się, że wiele osób doświadcza złudzenia wibrującego telefonu. Przyznajcie się sami przed sobą – czy to brzmi znajomo? Jest również takie określenie jak nomofobia (no mobile phone phobia) – lęk przed odłączeniem od telefonu i kontaktu z otoczeniem.
Kto jest ciekawy szczegółów dotyczących FOMO, polecam lekturę raportu „Polacy a lęk przed odłączeniem” z 2018 roku.
Kilka zdań wstępu z tego raportu: „Żyjemy w hiperinformacyjnym, sieciowym społeczeństwie. Współtworzymy je i rozwijamy, korzystając z coraz wydajniejszych i zaawansowanych urządzeń mobilnych, szerokopasmowych łączy internetowych oraz niezliczonych platform komunikacyjnych. Bez większych ograniczeń – ale i głębszej refleksji – uczestniczymy w cyfrowej (nie)rzeczywistości, poświęcając na nią coraz więcej czasu. Ciągle zalogowani, poszukujemy informacji, opinii, porad, rozrywki, chwili zapomnienia, przyjaźni i akceptacji. Pragniemy się dzielić, dyskutować, kupować, uczestniczyć, bywać, bawić się i relaksować, wyrażać siebie i swoje zdanie, obserwować innych, zachęcać i zniechęcać, chwalić i krytykować. Chcemy być zauważeni, chcemy nadążać, chcemy wyznaczać trendy, chcemy być JACYŚ.(…)
Jesteśmy przebodźcowani, przeinformowani, z jednoczesnym poczuciem „niebycia na bieżąco”, „niedoinformowania”, „niebywania”. Odnosimy wrażenie, że omija nas wszystko to, co dobre, ciekawe, wartościowe i ważne. Wypolerowane życie innych, pokazywane na mediach społecznościowych, staje się więc naszym niedościgłym i niespełnionym marzeniem.”
W tym raporcie jest genialna i trochę przerażająca grafika, która pokazuje procentowo, jak wygląda korzystanie z mediów społecznościowych – zaraz po przebudzeniu, w trakcie posiłku, w trakcie podróży, podczas spotkania ze znajomymi, czy nawet prowadzenia samochodu i przechodzenia przez jezdnię, kończąc oczywiście na korzystaniu z urządzeń elektronicznych dla sprawdzania mediów społecznościowych tuż przed zaśnięciem. Skala problemu jest ogromna.
Nie będę tutaj streszczać całego tego raportu, ale naprawdę warto się zapoznać z jego treścią.
Ja natomiast mam kolejny, chyba jeszcze bardziej „obrazowy” raport do wspomnienia przy okazji tego tekstu.
Kojarzycie zapewne firmę Symantec, głównie dzięki Norton by Symantec. Przedstawili oni raport „Moje pierwsze urządzenie” (cały raport, dostępny w języku angielskim), obejmujący badania przeprowadzone na grupie 7000 rodziców (dzieci w wieku od 5 do 16 lat) z krajów Bliskiego Wschodu w tym z Polski. Co ważne, ten raport zawiera nie tylko wyniki badań, dotyczących korzystania z urządzeń elektronicznych przez dzieci, ale również przez rodziców i mnóstwo wniosków, jakie mają rodzice, którzy sami właśnie z tych urządzeń korzystają, mając świadomość, że może to nie być najlepszy przykład do naśladowania dla ich dzieci.
Najbardziej zaskakującym wynikiem tego badania było to, że dzieci bardziej ceniły sobie otrzymanie do ręki urządzenia elektronicznego, niż słodyczy.
Przy okazji wspomnę tu jeszcze raport przeprowadzony z kolei przez Motorolę, z którego wynika, że dla wielu osób posiadanie takiego urządzenia elektronicznego i spędzanie czasu na jego użytkowaniu jest niemal równie ważne, jak posiadanie przyjaciela, czy spędzanie czasu z rodziną… Nie żartuję – TU możecie to zweryfikować.
W badaniach firmy Symantec, rodzice w większości przyznali, że zauważyli spadek jakości snu u dzieci i problemy z zasypianiem. (Powodem może być nie tylko pobudzenie grą, nerwowość i inne emocje, ale i światło niebieskie, o którym wiele razy już na blogu i w mediach społecznościowych wspominałam).
Trzy czwarte respondentów zdaje sobie również sprawę, że zarówno pozwala dzieciom na zbyt częste i zbyt długie korzystanie z urządzeń elektronicznych, ale jednocześnie nie daje im wcale lepszego przykładu, korzystając z tych urządzeń samodzielnie na oczach dzieci. Mało tego, rodzice zgłaszali w tych badaniach, że dzieci również potrafią im zwracać uwagę na ich czas spędzany np. ze smartfonem.
Wielu rodziców przyznało w tych badaniach, że owszem, chcieliby ograniczyć dzieciom czas spędzany z urządzeniami elektronicznymi, ale nie mają pojęcia jak to zrobić.
Powiecie może, że (załóżmy) 25 lat temu były już telewizory i dzieci też oglądały bajki. Fakt, sama oglądałam. Ale pomiędzy moją twarzą a ekranem telewizora zwykle były przynajmniej dwa metry, na pewno nie 15-30 centymetrów. Myślę, że u Was było podobnie.
No właśnie… uśredniając… 20 centymetrów. Kluczowa dla tego tekstu wartość, wreszcie dobijamy do brzegu.
Spójrzcie jak wiele analiz wspomnianych powyżej, zaleceń, porad, opisanych wad i zalet, dotyczy zachowania, charakteru, rozwoju psychicznego itp. Większość badań skupia się właśnie na tym, na pogorszeniu jakości snu, nerwowości, rozwoju emocjonalnym… Jeśli nie wyszukamy badań dotyczących TYPOWO wzroku dzieci, to trudno nam będzie znaleźć w ogólnych raportach choćby wzmiankę o nim.
Wzrok, który przekazuje nam ponad 80% informacji o otaczającym nas świecie. Najwięcej ze wszystkich zmysłów. Dziecięce oczka rozwijają się bardzo intensywnie i szybko przez pierwsze lata życia. Od ich rozwoju, od jakości i komfortu widzenia, od zdrowia dziecięcych oczu zależy NAPRAWDĘ bardzo WIELE. Mało tego, to w jaki sposób będzie się rozwijał wzrok, będzie miało wpływ na rozwój ogólny.
I teraz skupiamy się na psychice, na postawie ciała, na emocjach, na rozwoju mózgu, na bezsenności… A w jaki sposób rozwija się mózg? Oczy patrzą, a mózg widzi. Mózg potrzebuje oczu. Dziecko uczy się też rączkami, ale jeśli nie będzie miało wykształconej koordynacji oko-ręka, też pojawi nam się duży problem rozwojowy.
Dziecko trzyma smartphone, czy tablet w odległości 20-30 centymetrów od twarzy, a jeśli się dobrze przyjrzycie to często nawet bliżej. Wyobrażacie sobie jak ogromne jest to obciążenie dla układu wzrokowego?
Mówiliśmy niejednokrotnie o tym, czym jest akomodacja – zdolność naszych oczu do widzenia przedmiotów w różnych odległościach. Oko „akomoduje”, żeby zobaczyć wyraźnie tekst na smartfonie, który znajduje się blisko twarzy. Akomodacja jest rozluźniona, kiedy oczy patrzą w dal (dla oka już 6 metrów to „luźna dal”).
Nie raz nawet dorosłym opowiadam o tym, że jeśli pracują całymi dniami przy komputerze i chcą sobie zrobić przerwę od pracy, to warto robić realną PRZERWĘ, która nie polega na tym, że od komputera przejdziemy do smartfona. Może głowa i psychika będzie odpoczywać od pracy umysłowej, ale oczy będą pracować dalej, wysiłek może się nawet zwiększyć, jeśli ekran telefonu będzie bliżej niż ekran komputera – a zapewne tak właśnie będzie.
W październiku 2016 roku Amerykańska Akademia Pediatrii opracowała nowe wytyczne, dotyczące czasu, jakie dziecko mogłoby spędzać z urządzeniem elektronicznym w stosunku do wieku. Przedstawiają się następująco:
– do 18 miesiąca życia – nie powinno się umożliwiać dziecku dostępu do elektroniki,
– w okresie od 18 do 24 miesiąca życia, jeśli uważamy, że jest taka absolutna konieczność, tylko i wyłącznie programy o wysokiej jakości zarówno treści merytorycznych jak i jakości obrazu i najlepiej oglądamy z dziećmi, tłumacząc ewentualnie dany materiał,
– od 2 do 5 roku życia – godzina dziennie (z kontrolą treści i tłumaczeniem ich dziecku, nawiązując do życia codziennego),
– dawniej AAP zalecała, aby od 6 do 18 roku życia zezwalać na maksymalnie dwie godziny dziennie, obecnie mówi się po prostu o tym, aby ten czas mocno kontrolować, wiedzieć z czego dziecko korzysta, co ogląda, odciąć wiele czynności życia codziennego od świata elektroniki – np. wspólne jedzenie posiłków oraz wyodrębnić w domu strefy wolne od elektroniki, między innymi sypialnię. Ważna jest też odpowiednia ilość aktywności fizycznej.
I teraz kilka słów odnośnie wzroku – jeśli pozwalamy dziecku, a później nastolatkowi na korzystanie z urządzeń elektronicznych, to przestrzegajmy chociaż regularnych przerw od pracy wzrokowej. Najpopularniejszą metodą jest 20/20/20 – czyli co 20 minut, patrzymy na 20 sekund, na odległość minimum 20 stóp (około 6 metrów), jednak nie chodzi tu o to, aby stać ze stoperem w ręku nad dzieckiem i co dwadzieścia minut odrywać go, prowadzić na dwór, czy do okna i kazać patrzeć daleko. Takie przerwy można robić sprytnie. Zaciekawić czymś dziecko. Zaproponować wspólne wypicie herbaty, wykonanie jakiejś dowolnej czynności domowej, nawet krótki spacer, zabawę, która nie dotyczy urządzenia elektronicznego, cokolwiek. Przerwy wzrokowe są BARDZO ważne.
Dodatkowo – koniecznie powinno się zwracać uwagę na to, czy dziecko MRUGA, korzystając ze smartfona czy tabletu. Jeśli widzimy, że wpatruje się w ekran bardzo intensywnie to przypominajmy o mruganiu, dosłownie lub odwracajmy na chwilę jego uwagę. Dziecko musi mrugać, aby powieki mogły po powierzchni oczu rozprowadzać łzy i odpowiednio je nawilżać. Coraz więcej dzieci ma nie tylko problem z napięciem akomodacji, ale również właśnie z suchym okiem, które kiedyś występowały dopiero z wiekiem. Suche oko wpływa nie tylko na sam dyskomfort, ale również na jakość widzenia.
Pamiętajmy o emitowanym przez urządzenia świetle niebieskim. W tej postaci jest go zdecydowanie za dużo – skorzystajmy z aplikacji ograniczających to światło na urządzeniach – ale nie chodzi o zmniejszanie jasności ekranu tylko o typowe użycie aplikacji odcinającej światło niebieskie. Oprócz tego, że światło niebieskie negatywnie wpływa na rytm dobowy, na hamowanie produkcji melatoniny – stąd bierze się bezsenność lub sen słabej jakości – może ono również przyczyniać się do rozwoju chorób siatkówki na dnie naszych oczu (a siatkówka przecież, jak matryca w aparacie, odpowiedzialna jest za nasze widzenie) i innych struktur oka.
Naukowcy z Brien Holden Vision Institute opublikowali w 2015 roku z okazji Światowego Dnia Wzroku artykuł, z którego wprost wynika, że do 2050 roku połowa ludzi na świecie będzie krótkowzroczna, a jedna piąta całkowicie utraci wzrok właśnie z powodu krótkowzroczności. Ten wpis na stronie Instytutu Briena Holdena możecie przeczytać TUTAJ. Może ktoś zapyta – „Ale jak to? Stracić wzrok przez krótkowzroczność? Przecież to wada wzroku, nie choroba.” A to zależy. Bo jeśli krótkowzroczność rośnie i nie da się tego przyrostu zahamować, to w pewnym momencie staje się ona zagrożeniem dla widzenia i mówi się o tak zwanej krótkowzroczności degeneracyjnej. Stąd tak ważne jest, aby dzieci spędzały więcej czasu na świeżym powietrzu, a nie wpatrzone w ekrany urządzeń elektronicznych, bo to właśnie jeden z powodów narastania krótkowzroczności – długotrwała i częsta praca wzrokowa w bliskich odległościach. We wspomnianym artykule specjaliści zalecają dzieciom spędzanie MINIMUM dwóch godzin dziennie na świeżym powietrzu.
Jeśli natomiast jesteście zainteresowani raportem WHO (Światowej Organizacji Zdrowia) na temat krótkowzroczności, to jest dostępny TUTAJ.
I co z tego wszystkiego wynika?
Raporty brzmią groźnie, ale czy jesteśmy w stanie realnie poradzić sobie z tym problemem w dzisiejszym świecie pełnym elektroniki?
Drogi Rodzicu, przede wszystkim pamiętaj o tym, że nikt nie chce oceniać Ciebie i Twojego wychowywania dziecka. Koniec końców to Ty zrobisz, jak uważasz. Nikt nie jest „w Twoich butach”, nikt nie wie, czy jest Ci łatwo, czy ciężko i jeśli tak, to jak bardzo.
Ten tekst ma tylko wskazać na realny problem. Zwrócić uwagę na bagatelizowanie spraw związanych z rozwojem wzroku dziecka. W związku z powyższym mam kilka porad, które być może przydadzą się w zmianie domowych nawyków, związanych z obecną w domu elektroniką.
Zacznijmy od wzroku…
– najważniejsze są regularne badania wzroku – Twojego dziecka i Twoje również,
– pierwsze badanie wzroku powinno się odbyć w wieku 4-6 miesięcy, kolejne za rok lub w terminie, jaki zaleci specjalista,
– dziecko do 18 miesiąca życia nie powinno mieć styczności z urządzeniami elektronicznymi,
– jeśli decydujesz się na to, że dziecko otrzyma do rąk jakiekolwiek elektroniczne gadżety, pamiętaj, aby – miało zapewnione regularne i konkretne (wartościowe) przerwy od tej pracy wzrokowej oraz żeby regularnie mrugało, a także o wszelkich filtrach światła niebieskiego na urządzeniu – zwróć również uwagę na to, w jakiej odległości dziecko trzyma urządzenie, jeśli za blisko, pokazuj mu w jakiej odległości powinno je trzymać – im dalej tym lepiej.
Poza tym…
– staraj się nie pokazywać przy maluszku z telefonem w ręku, korzystaj z urządzeń tak, żeby dziecko nie przyglądało się Tobie, kiedy to robisz, dzięki temu zmniejszysz jego zainteresowanie urządzeniem,
– kontroluj treści, z których dziecko korzysta,
– rozmawiaj o korzystaniu z elektroniki, tłumacz dlaczego nie zawsze może korzystać z telefonu,
– postaraj się nie pozwalać dziecku korzystać z telefonu w sypialni, po obudzeniu i przed zaśnięciem – będzie miało dużo lepszy i głębszy sen,
– warto pomyśleć nad wydzieleniem w domu przestrzeni wolnych od elektroniki, takich jak sypialnia właśnie,
– używaj programów zabezpieczających, tłumacz dziecku konsekwencje publikowanych przez nie treści (to oczywiście, kiedy dziecko jest już trochę starsze),
– postaraj się nie łączyć posiłków dziecka z korzystaniem z elektroniki – aby posiłek nie stał się czynnością wykonywaną „przy okazji”, a był czasem wspólnym dla rodziny.
Takich porad byłoby o wiele więcej w kwestiach psychologicznych i emocjonalnych. Usłyszałam kiedyś bardzo wartościowe słowa koleżanki, która ma kilkoro dzieci, do kolegi, który spotkał się z nami, kiedy na świecie pojawiło się jego pierwsze :
– „Buduj relację dziecka z tobą, nie z telefonem.”
Pomyślałam, że w dobie wszechobecnych hashtagów, dobrym hashtagiem mógłby być w tym temacie
#podajrękęnietelefon
Podaj rękę, nie telefon.
Przytul.
Żadne urządzenie elektroniczne nie zastąpi dziecku miłości.
_____
- http://www.techomag.com/positive-negative-impacts-digital-devices/
- https://www.brienholdenvision.org/news/item/57-1-billion-people-at-risk-of-blindness-by-2050.html
- https://www.aap.org/en-us/about-the-aap/aap-press-room/Pages/American-Academy-of-Pediatrics-Announces-New-Recommendations-for-Childrens-Media-Use.aspx
- https://www.omicsonline.org/open-access/the-impact-of-using-gadgets-on-children-2167-1044-1000296.pdf
- https://uk.norton.com/internetsecurity-kids-safety-what-age-should-children-own-their-own-mobile-device.html
utworzone przez Justyna Nater | kwi 2, 2019 | Artykuły
Dzisiaj 2 kwietnia – Światowy Dzień Świadomości Autyzmu. To dzień, który został po raz pierwszy ustanowiony w Katarze, z inicjatywy Jej Wysokości Mozah, małżonki emira Hamada ibn Chalifa as-Sani. Inicjatywa została poparta rezolucją przez Zgromadzenie Ogólne ONZ 18 grudnia 2007 roku, opublikowaną miesiąc później w styczniu, roku 2008. (Wikipedia)
Jak każdy ustanowiony dzień świadomości, Światowy Dzień Świadomości Autyzmu obchodzi się po to, aby tę świadomość podnosić. Chodzi również o prawa osób z autyzmem na całym świecie oraz o to, aby dążyć do poprawy dostępu do wszelkiego rodzaju pomocy dla tych osób i aby zwracać uwagę na ich niedopuszczalną dyskryminację w społeczeństwie.
Czym jest autyzm?
Autyzm to zaburzenia rozwojowe. Najczęstszymi obserwowanymi objawami są wszelkie nieprawidłowości funkcjonalne we wszystkich obszarach rozwoju. Pierwsze objawy widoczne są już w pierwszych kilku latach życia i mają bardzo zróżnicowany charakter. Obecnie o zaburzeniach autystycznych w literaturze mówi się „spektrum zaburzeń autystycznych”, ponieważ nie mają one jednolitego obrazu.
Autyzmu to stan, a nie choroba i nie da się go całkowicie „wyleczyć”. Jeśli jednak diagnoza zostanie postawiona odpowiednio wcześnie i przeprowadzi się odpowiednią terapię, można osiągnąć poprawę funkcjonowania osoby z autyzmem w stopniu zbliżonym do „wyleczenia”. W większości przypadków jednak stan ten pozostaje obecny do końca życia, chociaż jego objawy mogą być osłabione.
Jakie mogą być objawy autyzmu u dziecka?
Na przykład:
– ignorowanie osób, traktowanie ich przedmiotowo, nie jak kogoś z kim można wejść w interakcję,
– brak reakcji na prośby, wołanie po imieniu, wrażenie występowania problemów ze słuchem dziecka,
– opóźnienie rozwoju mowy,
– brak naśladowania ruchów i odgłosów,
– brak poszukiwania pocieszenia u innych w różnych sytuacjach, np. po uderzeniu się,
– znacznie ograniczone zainteresowanie kontaktem z innymi osobami,
– wykorzystywanie różnych przedmiotów w niewłaściwy / nietypowy sposób,
(…)
Absolutnie nie jest tak, że tego typu pojedyncze zachowania u dziecka od razu oznaczają autyzm. Jeśli jednak jest ich więcej w codziennym zachowaniu, warto zweryfikować sytuację u specjalisty. Dzieci autystyczne różnią się od siebie, mogą prezentować zupełnie odmienne zachowania. Każde z nich jest inne. Współistniejącymi zaburzeniami w autyzmie są wady słuchu, mowy, czy wzroku właśnie – o tym zaraz powiemy, a także upośledzenie umysłowe, czy mózgowe porażenie dziecięce.
Czy osobie z autyzmem można patrzeć w oczy?
Tak, pod warunkiem, że nie unika kontaktu wzrokowego. Jeśli to robi, nie należy „naciskać” i dążyć do tego na siłę. Osoby autystyczne mogą mieć problem z interpretacją mimiki i spojrzenia innych osób, nie zawsze lubią, gdy patrzy się im w oczy.
Autyzm a problemy wzrokowe
Osoby dotknięte autyzmem mogą mieć problem nie tylko z komunikacją, ale również z przetwarzaniem i reagowaniem na informacje, które przekazują im zmysły. Bardzo częstym problemem są również problemy wzrokowe.
Problemy wzrokowe mogą być u takich osób niezauważone, ze względu na ich zachowanie. Niektóre czynności mogą być oceniane jako autystyczne i nieodróżniane jako problem związany z niewystarczającym widzeniem lub innym problemem wzrokowym. Zarówno autyzm, jak i problemy wzrokowe, mogą wywoływać unikanie kontaktu wzrokowego, wpatrywanie się w światło lub przedmioty w ruchu, problemy w skupieniu uwagi wzrokowej itp. Osoby autystyczne mogą mieć problem z koordynacją wzrokowo ruchową, z zachowaniem prawidłowego widzenia centralnego i obwodowego.
Na przykład, jeśli poprosimy podczas badania, aby taka osoba podążała wzrokiem za pokazywanym obiektem, zwykle może ona nie patrzeć dokładnie na ten obiekt, zamiast tego patrzeć gdzieś z boku, rozglądać się, przyglądać się mu bokiem itd. Bardzo częstym problemem są zaburzenia ruchomości i ustawienia oczu. Oczy mogą być również nadwrażliwe na światło i inne bodźce wzrokowe.
Badanie wzroku osoby z autyzmem
Sposób i metody badania wzroku zawsze są uzależnione od indywidualnych potrzeb i stanu fizycznego i emocjonalnego pacjenta. Zwraca się uwagę na postawę pacjenta, sposób chodzenia, siadania, stania, łapania piłki, rzucania piłki itp. Tego typu obserwacje pomagają ocenić jakość widzenia pacjenta i to, w jakim stopniu jesteśmy w stanie takiemu pacjentowi pomóc. Pacjent autystyczny może nie być w stanie przejść przez standardowe badanie wzroku na fotelu i za foropterem. Zadaniem specjalisty jest tak dopasować testy i procedury, aby badanie przebiegło w przyjemnej dla pacjenta atmosferze i przyniosło zadowalający rezultat. W tej sytuacji staramy się uzyskać najlepszą możliwą pomoc wzrokową.
Poprawa jakości życia
Po badaniu wzroku, możemy również przemyśleć komfortowe dla danej osoby rozwiązania, które mogą wpłynąć na poprawę jakości życia, takie jak organizacja przestrzeni wzrokowej, uzyskanie stabilności widzenia peryferyjnego, pracowanie nad percepcją głębi, ćwiczenia koordynacji wzrokowej, czy praca nad poprawą przetwarzania informacji wzrokowych.
Na tyle, na ile będzie to możliwe, po badaniu przepisuje się korekcję krótkowzroczności, dalekowzroczności i / czy astygmatyzmu. Terapia widzenia może zostać wprowadzona w celu stymulowania ogólnych możliwości wzrokowych, ruchów oczu, widzenia centralnego itd.
Powinniśmy zawsze pamiętać o tym, że dzieci, które mają problemy wzrokowe, widzą świat „na swój sposób” i nie zdają sobie sprawy z tego, że inni mogą go widzieć inaczej – lepiej. W przypadku dzieci autystycznych, może to wywoływać dodatkowy niepokój, problemy zachowawcze, frustrację itp. To zresztą dotyczy absolutnie każdego dziecka, nie tylko autystycznego.
Szybkie i krótkie badania wzroku, przeprowadzane w szkołach, czy nawet gabinetach pediatrycznych, mogą wskazać na występujący problem, ALE nie są równoznaczne z PEŁNĄ oceną funkcjonowania układu wzrokowego. Nawet, jeśli na takim badaniu dziecko odczytuje najniższy rząd liter z tablicy, nie oznacza to wcale, że nie ma problemów ze wzrokiem – np. z widzeniem obuocznym, ale nie tylko. To bardzo ważne.
Pierwsze badanie okulistyczne i optometryczne wzroku dziecka, powinno się odbyć już w 4-6 miesiącu życia. Kolejne po roku lub w takich terminach, jakie zaleci specjalista.
Samo mówienie o autyzmie to za mało. Ważne są przede wszystkim prawa osób z autyzmem do normalnego życia, do ich pełnej akceptacji oraz udzielanie wszelkiej pomocy, nie tylko osobom dotkniętym autyzmem, ale również ich rodzinom. Wiele dorosłych osób z autyzmem marzy po prostu o normalnym życiu i o pełnej akceptacji.
__________________________________
https://www.covd.org/page/Autism
https://www.autism.com/vison
https://ocvt.info/services/ vision-therapy-autism/
http://www.synapsis.org.pl/autyzm/faq-252
https://cognitus.pl /autyzm/
utworzone przez Justyna Nater | mar 31, 2019 | Artykuły, Lifestyle
Nigdy wcześniej nie publikowałam na blogu tekstów dotyczących wyjazdów, ale ponieważ ten połączony był z wizytą na targach optycznych Vision Expo, chciałabym podrzucić Wam kilka informacji na temat pobytu w Nowym Jorku, a na koniec krótko podsumować targi. Dlaczego krótko? Zaraz zobaczycie.
1. Jak wyjechać
Żeby móc wyjechać do Stanów, potrzebowałam wizy. Ale najpierw okazało się, że mój paszport straci ważność na miesiąc przed planowanym wyjazdem, więc w pierwszej kolejności wyrabiałam ten nowy dokument, a potem składałam wniosek wizowy.
Taki wniosek wypełnia się online i jednocześnie trzeba odpowiedzieć na garść pytań różnej maści (naprawdę różnej, niektóre są wybitnie ciekawe).
Po wypełnieniu wniosku online, dodaje się zdjęcie i umawia na spotkanie w Ambasadzie.
U mnie oczywiście nie mogło się obejść bez przygód. Wniosek zaakceptowany, zdjęcie zaakceptowane. Pojechałam do Warszawy w ustalonym terminie. Dzień przed spotkaniem (miało się odbyć o 8 rano), około godziny 19:30 otrzymałam maila, że jednak zdjęcie nie przeszło i trzeba zrobić nowe. Nawet nie wiecie, jak się tym zestresowałam. Z pomocą przyjaciela, znalazłam otwarte studio fotograficzne i robiłam nowe zdjęcie na szybko. Zaakceptowano je na miejscu.
Na jedną godzinę w Ambasadzie umawia się po kilkanaście osób. Kiedy ja czekałam na swoje „wejście”, było razem ze mną kilkadziesiąt osób – na wcześniejsze i późniejsze godziny. Staliśmy na ulicy pod bramą Ambasady, padał śnieg, a nas ogrzewały parasole grzewcze.
Może się okazać, że, tak jak moi współtowarzysze, dowiecie się o tym, że zdjęcie jednak jest nieprawidłowe dopiero przy okienku – ci ludzie byli zestresowani już znacznie bardziej niż ja dzień wcześniej. Nie ma jednak tego złego, bo sprytnie w budynku została postawiona fotobudka i za jedyne 20, czy 30 zł, możecie sobie szybciutko zrobić fotkę na miejscu. Biznes is biznes, ale ratuje mimo wszystko opłatę za wniosek wizowy, która nie należy do niskich.
Na terenie Ambasady jesteśmy odcięci od świata zewnętrznego, ponieważ przy wejściu musimy oddać telefon, ale zwracają go na szczęście przy wyjściu.
I teraz najważniejsze – jeśli poprawnie wypełnimy wniosek, zapłacimy i złożymy odpowiednie zdjęcie – spotkanie z Konsulem naprawdę nie jest straszne. Wystarczy grzecznie odpowiedzieć na wszystkie zadane pytania, przeważnie po co jedziemy, jak długo zostajemy. Nie ma się czego bać. Poza tym, przynajmniej tamtego dnia, nie spotkałam tam ani jednego niesympatycznego człowieka.
Na miejscu, jeśli otrzymamy zgodę na wydanie wizy, zostawiamy swój paszport, który możemy odebrać osobiście lub poprosić o jego przesłanie pod wskazany adres. Moja wiza przyszła jakoś po około 2 – 3 tygodniach.
Jeśli chodzi o zniesienie wiz do Stanów, sytuacja wygląda w ten sposób, że Polska wciąż ma odrobinę za wysoki wskaźnik odmowy. Przeważnie wynika to ze źle wypełnionego wniosku lub innego formalnego problemu.
Zerknijcie na stronę bezwizdousa.pl
„Polska w programie Visa Waiver
Aby nasz kraj znalazł się programie ruchu bezwizowego do USA odsetek obywateli, którym amerykańskie służby imigracyjne odmówiły wizy B1/B2 (turystycznej i biznesowej) w ciągu amerykańskiego roku budżetowego, czyli od 1 października do 30 września, nie może być wyższy niż 3 proc.”
W roku 2018 były to niecałe 4%, musimy zejść poniżej 3%, więc każdy Wasz złożony i pozytywnie rozpatrzony wniosek, przyczynia się do poprawy tej statystyki – dlatego warto składać te wnioski, do czego zachęcam, jeśli macie taką możliwość.

2. Co zabrać
Dobry humor! W Nowym Jorku spotkałam się z tak niesamowitą ilością pozytywnej energii, że nie było możliwości „złapania” złego nastroju.
Lot międzykontynentalny nie ma takich ograniczeń bagażowych, jak nasze międzynarodowe tanie połączenia, w których czasem trzeba dopłacać nawet za minimalny bagaż podręczny. Tu możemy zabrać zwykle dużą walizkę (w przypadku linii LOT, którymi my lecieliśmy) 23kg + bagaż podręczny 8kg.
Przy tej okazji powiem Wam jeszcze jedną ciekawostkę. Sama zawsze staram się nie pakować bagażu na tak zwanego maksa. Objętościowo bywa różnie, ale wagowo zawsze się mieszczę. Natomiast to, czy mając walizkę 24,5kg będziecie musieli do niej dopłacić, czy nie, zależy w głównej mierze od nastroju osoby Was „czekinującej” na lotnisku (check in). To samo dotyczy bagażu podręcznego. Najczęściej waży się go wtedy, kiedy samolot ma pełne obłożenie. Kiedy nie ma pełnej ilości pasażerów – tak jak w naszym przypadku, podczas lotu DO Stanów – przeważnie nie ma problemu nawet, jeśli do bagażu podręcznego macie jeszcze jakąś większą torebkę na ramię. Warto jednak zawsze przestrzegać tych regulaminowych sztuk i ciężaru, żeby później w ostatniej chwili nie okazało się, że nie macie co zrobić z pięcioma kilogramami Waszych osobistych rzeczy i o ile jest to kwestia szamponu, który ostatecznie możecie dokupić na miejscu, o tyle książek, ciuchów, butów to raczej na lotnisku wyrzucać nie będziecie mieli ochoty.
I dodatkowa informacja dla osób, które nigdy nie leciały samolotem – do bagażu podręcznego nie wkładamy ostrych rzeczy i płynów powyżej 100ml. Jeśli macie kosmetyki lub jakiekolwiek płyny, objętość butelki nie może przekroczyć 100ml, wszystko trzeba zmieścić w litrowej przezroczystej torebce. Przyniesienie butelki wody, czy innego napoju do strefy security, kończy się przymusowym wypijaniem wszystkiego na raz lub wyrzucaniem tego do śmieci. Humor strażników w strefie security też ma ogromne znaczenie, więc w każdym kraju polecam jednak się ich grzecznie słuchać i uśmiechać, a wtedy wszystko powinno przebiec sprawnie.
W tak długą podróż samolotem 8-10 godzin nie warto się malować, ani ubierać szpilek. Jeśli jest taka konieczność, bo Johny Depp odbiera Was z lotnika, ostatecznie lepiej się do tego przygotować już w samolocie, na koniec podróży, niż lecieć w ten sposób całą drogę.
Mam też wskazówkę z własnego doświadczenia – w strefie Security trzeba zdjąć pasek, zegarek, wyjąć telefon, przedmioty elektroniczne i płyny (czasem każą to wszystko wyciągać do pojemnika, a czasem po prostu nie mieć tego przy sobie, ale chociażby w bagażu podręcznym – różnie bywa) – nie polecam ubierać kusych bluzek, a na to swetrów, chyba że się drogie Panie lubicie rozbierać przy setkach ludzi. Popełniłam ten błąd dwa razy, ubierając się „na cebulkę”. Niestety takie swetry też trzeba z siebie zdjąć (wszelkie nakrycia wierzchnie, szaliki, czapki itp), więc potem zostajecie w takim negliżu i bez butów za bramką i czekacie na Wasze rzeczy, jak na zbawienie, a pech zawsze chce, że wtedy jadą do Was po taśmie najwolniej jak to możliwe.
Do puenty – co zabrać? Naprawdę potrzebne rzeczy – kosmetyki, które skończą się w ciągu pobytu, wyliczone ciuchy – plus coś „w razie w”. Zawsze, kiedy wkładacie coś do walizki, zastanówcie się „CZY NA PEWNO będzie Wam to absolutnie NIEZBĘDNE.” I nie ma sensu panikować, jeśli zapomnicie szczoteczki do zębów – najważniejszy jest zawsze dokument, bilet i portfel, ewentualnie wiadomo – telefon.
3. Oczy podczas długiego lotu samolotem
BEZ MAKIJAŻU. Koniecznie. Powietrze w samolocie jest wybitnie suche, a klimatyzacja często niestety nieoczyszczona. Jeśli ktoś śledzi mnie na Instagramie to nie raz widział, jak wyglądają moje oczy (mam Zespół Suchego Oka) po podróży samolotem.
W krótkich rejsach jak kto lubi, ale w tych międzykontynentalnych, czy takich trwających ponad 5-6 godzin, makijaż to ZŁO. Zarówno dla oczu, jak i dla skóry twarzy. Chusteczki nawilżające, krem nawilżający, krople nawilżające, chusteczki do higieny brzegów powiek – naprawdę się przydają, bo w klimatyzacji latają różne… no kurz lata. Dodatkowo polecam opaski, najlepiej takie z wybrzuszeniem na oczach, żeby móc je swobodnie pod opaską otworzyć. Takie opaski można kupić nawet na lotnisku, chociaż nie zawsze dostępne są te, w których właśnie można otworzyć oczy, więc lepiej się zaopatrzyć wcześniej.
Nie polecam soczewek w samolocie – oczy wysychają, w powietrzu klima, bardzo łatwo też o drzemkę, a nie śpimy w soczewkach. Wszyscy soczewkowicze – zabierajcie swoje okulary korekcyjne w taką podróż. Nie tylko do samolotu – będąc w innym kraju, nigdy nie wiecie, co Wam się może przytrafić, a szukanie nowych soczewek może być bardzo kłopotliwe, bo w Stanach i w innych krajach produkty mogą się różnić od siebie nazwą, charakterystyką itp.
Np. w Stanach dopuszczone do sprzedaży są takie krople, których nie ma w Polsce albo w całej w Unii Europejskiej. Soczewki kontaktowe to nie szampon, żeby w razie czego kupić sobie inny w pierwszym lepszym sklepie. Zabierzcie ze sobą zawsze awaryjną parę lub więcej opakowań – w razie W i obowiązkowo okulary korekcyjne.
W tego typu lotach, na poprzedzającym siedzeniu, umieszczone są ekrany, na których można oglądać filmy. Pierwsza sprawa – MRUGAMY regularnie oglądając ten film – zwłaszcza, że ekranik jest mały i umieszczony dosyć blisko.
Z tego samego powodu – bliskiej odległości ekranu od oczu – po jednym filmie nie włączajcie kolejnego, zróbcie sobie kilkanaście minut przerwy i popatrzcie gdzieś w dal – można się nawet przespacerować po pokładzie samolotu.
4. Zmiana czasu
Moja zmora. W tamtą stronę przeszło bezboleśnie – przylecieliśmy pod wieczór, poszliśmy na spacer i na kolację, położyliśmy się spać, wstaliśmy rano i było rewelacyjnie. A powrót? Lepiej nie pytajcie. Różnica czasu 5-6 godzin to takie „niby nic”, ale ma ogromne znaczenie dla organizmu. Przyzwyczajanie się do zmiany to kwestia indywidualna, ale polecam w miarę możliwości tak dobierać godziny przylotu i odlotu, żeby dopasować je z godzinami odpoczynku i spania.
5. Rozmowy, SMS i sieć
Na miejscu można kupić amerykańską kartę i korzystać z Internetu bez problemu.
Polska karta i roaming oznacza około 5 zł / minutę połączenia wychodzącego, 3 zł za minutę odebranego (oczywiście mówię tu teraz o mojej sieci, ale stawki są podobne) i około 1,5 zł za smsa. I w tym momencie sms do rodziny „żyję, doleciałem” staje się smsem premium, tyle że nie grasz o 25 tys. zł w radio.
W samolocie upewnijcie się, że wszelkie możliwe połączenia sieciowe zostały wyłączone – nie wystarczy wyłączenie ikonki WiFi, trzeba wyłączyć absolutnie w każdym miejscu pobieranie wszelkich danych i wszelkie próby łączności z siecią. Nie chcielibyście zobaczyć rachunku telefonicznego po aktualizacji jakiejś aplikacji, która zrobiła się automatycznie w tle lub przez przypadek ściągniętej poczty mailowej. Nie polecam.
Co za to polecam? Odcięcie się od świata online. Odpoczynek. URLOP.
Zrobiliśmy to i było rewelacyjnie. Wszelkie zdjęcia i relacje na Instagramie wrzucałam wieczorem, po powrocie do hotelu, przez hotelowe WiFi. Całymi dniami byliśmy odcięci od mediów społecznościowych i.. nie sądziłam, że kiedyś to powiem – to był naprawdę wspaniały czas.
Oczywiście w muzeach, na lotniskach, niektórych knajpach itp. możecie złapać WiFi, więc jeśli ktoś nie chce w ten sposób odpoczywać, to nie ma tragedii. To w końcu Nowy Jork.
6. Plastik w Nowym Jorku
Smutny widok po wyjeździe z lotniska – ŚMIECI. Przedmieścia Nowego Jorku są zarzucone potworną ilością plastiku. I to jest naprawdę smutny widok, bo w niektórych miejscach ledwo spod tych śmieci widać trawę na trawnikach. W Unii Europejskiej od 2021 mają być wycofane patyczki, talerzyki itp a tam… plastikowe sztućce, słomki, reklamówki, są absolutnie WSZĘDZIE. Szkoda.
7. Charakterystyczne budki z jedzeniem
Nowy Jork pachnie bułą. Pół żartem, pół serio. Nawet nie tyle bułą, co olejem… Olejem, parówkami, mięsem, fast foodem, ale również orzeszkami w karmelu. Budki są absolutnie wszędzie i na każdym kroku. Zapach unosi się w powietrzu. Nie wiem, jak intensywny jest latem, kiedy powietrze stoi i jest duszno, ale momentami bywa uciążliwy, choć mimo wszystko niewątpliwie MA swój urok. No i ci eleganccy biznesmeni, wychodzący z biura po hot doga w biegu. To się dzieje naprawdę, nie tylko w filmach. Ach – i jeszcze jedno – Starbucks jest dosłownie co 5 minut. DOSŁOWNIE.
8. Ceny
Nie ma co owijać w bawełnę – jest drogo. Oczywiście dla łowców okazji na pewno znalezienie takowych w Nowym Jorku, nie jest wielkim wyzwaniem i da się przeżyć ekonomicznie, ale jeśli nie macie takich umiejętności lub czasu, żeby szukać specjalnie tańszych rozwiązań to niestety ceny są dosyć wysokie. Wyjątkiem są przedmioty takie jak np. kosmetyki, które u nas są importowane ze Stanów, bo w Stanach są produkowane albo markowe ciuchy w TJ Maxxie (u nas TK Maxx u nich TJ Maxx). Tu akurat ceny potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć.
Jeśli jednak chodzi o jedzenie, to spokojnie jeden posiłek dla dwóch osób to minimum 30 dolarów. I to naprawdę już jest dosyć ekonomiczna cena. Oczywiście mówię o posiłku w knajpie, bo taniej będzie wziąć bułę z budki albo kawę i bajgla w Starbucksie, wtedy oczywiście może wyjść trochę taniej.
WAŻNY temat – NAPIWKI. Spróbujcie wyjść z knajpy nie zostawiając kelnerowi napiwku – dogoni Was na ulicy, a jak tego nie zrobi, to lepiej odczekajcie kilka dni z powrotem w to miejsce i usiądźcie w rejonie innego kelnera, bo ten już na pewno nie będzie się starał przy obsłudze. W Stanach nie zostawienie napiwku jest po prostu niegrzeczne i bardzo źle widziane. My zostawiamy napiwki zawsze, nawet w Polsce, chyba że naprawdę wydarzy się coś takiego, że obsługa na nie totalnie nie zasługuje, ale to się rzadko zdarza. Natomiast w Stanach problemem jest nie tylko sam fakt obowiązku dawania napiwków – bo to akurat uważam za bardzo dobry zwyczaj, doceniający pracę kelnerów – problemem jest to, że ich jeden dolar to za mało na napiwek, a dla nas każdy dolar w przeliczeniu na złotówki to około 4zł w zależności od kursu danego dnia. Na każdym paragonie w knajpie, macie już informację o tym, ile powinien wynosić „grzeczny” napiwek – jest minimum i dwie kolejne wartości. Minimum to z reguły 13-18% wartości zamówienia, więc jeśli macie rachunek na 30 dolarów to już minimum jest 3-4 dolary. Tam – malutko. Na nasze około 12-16 zł.
9. Czystość
O plastiku już pisałam, ale teraz duży pozytyw. Toalety publiczne. „Ale o czym ona w ogóle teraz będzie mówić!?” Tak, dokładnie. O toaletach publicznych. Nie trafiłam przez 10 dni na ANI JEDNĄ brudną toaletę w miejscu publicznym, począwszy od lotniska, po hotel (to niby oczywiste), restauracje, a kończąc na toalecie w samym Central Parku. CZYSTOŚĆ taka, że można po podłodze jeździć białą rękawiczką. Mówię poważnie. Odświeżacze powietrza, miękkie, białe papiery toaletowe, zero papieru na podłodze, zero wody na podłodze i innych płynów niechcęwiedziećjakiego pochodzenia. Zero rozlanego mydła na umywalkach. CZYSTOŚĆ.
Nie wiem, czy mieszkaniec Nowego Jorku zgodziłby się ze mną, bo mogłam mieć po prostu ogromne szczęście (byłoby naprawdę ogromne), ale ja byłam absolutnie zachwycona. Nie cierpię toalet publicznych, niestety na lotnisku w Warszawie, od razu po przylocie do Polski, zrozumiałam dlaczego, bo już na tym etapie różnica była ogromna i bardzo widoczna, chociaż toalety na lotnisku Chopina do najgorszych wcale nie należą.
10. Dźwięki miasta
Jeśli chcecie mieszkać w cichym miejscu to chyba najlepiej AirBnB na Brooklynie – w naszej opinii tam było najciszej, ze wszystkich miejsc, w jakich byliśmy. Poza Central Parkiem ewentualnie, ale nie mają domków na drzewach.
Na Manhattanie słabo radzą sobie nawet wygłuszające okna w hotelach. Może w tych pięciogwiazdkowych jest lepiej, ale nasz do najgorszych nie należał i hałas był 24h na dobę. Dźwięki miasta takie jak, klaksony, syreny pojazdów uprzywilejowanych, krzyki ludzi itp ja osobiście uwielbiam. Zupełnie mi to nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie. Gorzej, kiedy okno usytuowane jest nad jakimś wentylatorem np. od klimatyzacji, który pracuje całą dobę. A takich w centrum miasta nie brakuje. Ale po jednym – dwóch dniach, do wszystkiego można się przyzwyczaić – naprawdę. Poziom ekscytacji tym miastem bardzo w tym pomaga i po pewnym czasie już absolutnie nic nam w nim nie przeszkadza. Przynajmniej tak było w moim przypadku, mimo że od razu drugiego dnia zaliczyłam solidny strzał w głowę, kładąc się do łózka, nad którym w naszym pokoju gratisowo wisiało trzecie. Nie pytajcie. Wiedziałam, że to się tak skończy od razu, jak tylko je tam zobaczyłam. Żyję? Żyję. Mogłabym mieszkać w tym pokoju w Nowym Jorku do końca życia. Bo to Nowy Jork. Chociaż pewnie po kilku miesiącach z mojej czaszki nic by nie zostało. Drobiazg.


11. Wiatr
Ze względu na ułożenie ulic i alei, w kratownicę wzdłuż i równolegle do linii wody, w Nowym Jorku prawie cały czas wieje. Latem – nie wiem, nie byłam, ale rozmawialiśmy ze znajomą, która tam mieszka i mówi, że tak jak wiało podczas naszego pobytu, wieje bardzo często. Tak tylko uprzedzam, bo my to z nadmorskich polskich klimatów, więc jakby, no wiecie, wiatr mamy nie tylko we włosach, ale i we krwi. Jest wiatr? Nie ma smrodu od samochodów, a ten z budek z fastfoodami szybko przelatuje wzdłuż ulicy. I mówię zupełnie serio – w Nowym Jorku da się zaciągnąć w miarę świeżym powietrzem. Nie zawsze oczywiście, ale się da.

12. Metro
Świetnie skomunikowane linie metra. Polecam kupować bilety terminowe. My mieliśmy tygodniowe i na 10 dni było idealnie. Kiedy nam się skończyły przedostatniego dnia, mieliśmy jeszcze większą motywację, żeby wszędzie przejść piechotą – na szczęście pogoda bardzo dopisywała i spacery były możliwe. Codziennie robiliśmy od 11 do 14 km pieszo. Wracając do metra – warto, da się dojechać absolutnie wszędzie. Oznaczenia są może minimalnie gorsze (moim zdaniem) niż np. w Monachium, czy Mediolanie, ale po kilku przejazdach można się szybciutko nauczyć co, jak, skąd, dokąd itd.
13. Śniadania
Sprzedaję Wam miejscówkę na przepyszne i jedne z tańszych śniadań w samym centrum Manhattanu – Andrew’s Coffee Shop. Tam pracuje też Ania, przesympatyczna Polka, którą poznaliśmy podczas wyjazdu i z którą bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Byliśmy tam na śniadaniu CODZIENNIE i gwarantuję Wam, że się nie zawiedziecie, jeśli kiedyś tam traficie. Tu uwaga – typowe śniadanie amerykańskie to pankejki z owocami + bita śmietana + bekon + kiełbaski + syrop klonowy. Naprawdę.
Ale omlety robią przepyszne i gofry również. Ciasto mają obłędne i polecam spróbować koniecznie, jak smakuje ich nowojorski sernik. Taki czyściutki, bez dodatków.
Aha, zapomniałabym! Oglądaliście film Ocean’s 8? Jeśli tak, to ta knajpa jest pokazana na samym początku filmu, kiedy Sandra Bullock wychodzi z więzienia. Nie miałam o tym bladego pojęcia. Oglądałam wcześniej ten film, a w samolocie w drodze powrotnej włączyłam go sobie dla przypomnienia i szczęka mi opadła, jak to zobaczyłam. Fajne uczucie. I to nie było żadne lokowanie marki. Czysty przypadek.




14. Broadway
Być w Nowym Jorku i nie być na Broadwayu, to jak przyjechać nad polskie morze i nie wyjść ani razu na plażę. Nie namawiam Was na hardcorowe kupowanie biletów za 230 dolarów za sztukę, nie jestem szalona (chyba, że ktoś może sobie na to pozwolić). Na Times Square są kioski, w których codziennie od 14:00, a w niedzielę chyba od 15:00, można kupić bilety na różne spektakle w znacznie niższych cenach. W ten sposób nam udało się zdobyć bilety na spektakl Chicago i było absolutnie cudownie. Bilety można też kupić taniej w specjalnych aplikacjach (np. Today Tix) lub wygrać duże zniżki w loteriach.

15. Zwiedzanie
Chcecie zobaczyć Statuę Wolności z dołu, czy z „dalszego bliska”? Pytam, bo to ważne pytanie. Jeśli koniecznie musicie z dołu, musicie stanąć pod samiuśką Statuą – no to koszt będzie około 18 dolarów, wejście na „murek” kolejnych kilka dolarów, i kolejnych kilka za wejście na koronę. No taka droższa impreza – ale jak ktoś chce, to czemu nie. Jeśli sobie tak życzycie, to tylko jedna uwaga – wychodząc z metra nie zatrzymujcie się przy NIKIM. Nawet, jeśli ktoś będzie Wam pokazywał swój identyfikator „jestem stąd, pracuję dla nich, tu mam certyfikat” bla bla bla. Idźcie prosto do kas, przy samym promie (no tak przy promie – bo nie powiedziałam – tam trzeba dopłynąć). Taki naciągacz zrobi wszystko, żeby Was zatrzymać, a gadka będzie wyglądała mniej więcej tak „pani popatrzy, takie zdjęcie zrobi pani, jak pani pojedzie tamtym stateczkiem do samej Statuły” – pokaże Wam beznadziejne foto u stóp Statuy Wolności, że niby z dołu koszmarny widok i jakaś taka gigantyczna i nie, nie nie opłaca się zupełnie. Za chwile pokaże Wam zdjęcie dwojga przytulonych ludzi – statua wolności 500 metrów dalej – „pani patrzy, jak ładnie widać”.
Wiecie co to znaczy? W kasie przy promie zapłacicie 18 dolarów za dojazd pod Statuę i owszem, może będziecie musieli dopłacić za wejście tu i ówdzie, ale on będzie Was namawiał na wycieczkę ICH LEPSZYM promem, z którego ostatecznie nie pozwoli Wam zejść i skasuje Was 30 dolarów za osobę, no bo przecież gwarantuje lepszy widok i lepsze zdjęcia. Tyle że takie same zdjęcia zrobicie dopływając do Statuy tym promem za 18 dolarów i jeszcze z niego zejdziecie.
Wersja budżetowa? Około 300 metrów dalej od promików za 18 i 30 dolarów jest prom DARMOWY. Oczywiście, ani nie podpływa pod samą Statuę Wolności, ani Was pod nią tym bardziej nie wysadzi, ale widoczność jest bardzo dobra, a przejazd nie kosztuje ani grosza. I absolutnie nie chodzi o to, żeby na wszystkim oszczędzać, ale wierzcie mi w Nowym Jorku wszelkie atrakcje to wstęp 20-40-50 dolarów i po prostu chcę Wam poradzić, że są alternatywy.

A tu zdjęcia z darmowego stateczku.

Jeśli interesuje Was zwiedzanie jakiegokolwiek muzeum, warto wcześniej w sieci poszukać informacji o biletach wstępu. Okazuje się, że w wielu miejscach są wydzielone dni i godziny, w których wstęp jest darmowy. Faktem jest, że poszliśmy w taki sposób do MOMA (Muzeum Of Modern Art) i dziki tłum, plus szkolne wycieczki mnie totalnie przerosły, zobaczyłam Van Gogha, Gustava Klimta, Jacksona Pollocka i kilku innych artystów i uciekaliśmy czym prędzej. Co nie zmienia faktu, że DA SIĘ. Może mniej komfortowo, ale jednak.



Empire State Building polecam odwiedzić około godzinę przed zachodem słońca. Nie później, później wszyscy hurtem chcą właśnie zobaczyć zachód słońca. Godzina wystarczy, żeby zająć sobie dobre miejsce do obserwacji. W tygodniu. Bo w weekend nawet to nie działa. Wjeżdżając godzinę przed zachodem słońca w tygodniu, może się udać tak jak nam – brak kolejki lub mała kolejka + widok miasta z góry w ciągu dnia, o zachodzie słońca, wieczorem. Najlepiej.


Nie byliśmy na żadnym innym punkcie widokowym – jest jeszcze np. Rockefeller Center i One World Observatory.
Absolutnie z czystym sumieniem polecam Wam The Color Factory – bilety trzeba kupić online, nie ma sprzedaży na miejscu i nie jedzcie nic słodkiego przed wejściem. Więcej Wam nie powiem, żeby nie zniszczyć wrażeń tym, którzy być może będą mieli szansę się tam wybrać.

16. Mosty
Brooklyn Bridge i Manhattan Bridge – nie polecam w weekend w ciągu dnia. Ewentualnie o świcie, ale naprawdę wczesnym. A najlepsze połączenie to świt w ciągu tygodnia. Pustki, spokój, piękne widoki. Mosty są przepiękne i można je obfotografować z każdej strony. Jest w sieci wiele przewodników, które pokażą Wam z punktem na mapie, w jakich miejscach najlepiej się ustawić dla najlepszych zdjęć. My specjalnie wstawaliśmy o godzinie 5:00 w niedzielę, dojechaliśmy na Brooklyn Bridge o 7 rano. Kilka minut po wschodzie słońca, bo niestety ze względu na zmiany peronów, uciekło nam jedno metro, ale i tak było świetnie.




17. Central Park
Cudowne miejsce w samym sercu miasta. Gdybym tam mieszkała, chodziłabym w miarę możliwości tak często, jak to możliwe. Najprzyjemniej jest w tygodniu, bo w niedzielę dzikie tłumy. I można zbankrutować na orzechach, bo kupowaliśmy codziennie paczuchę dla wiecznie głodnych nowojorskich wiewiórek, które skradły nasze serca. Nie wiem co takiego jest w tym parku, ale niesamowicie relaksuje, pomimo wielu spacerowiczów. Polecam zwłaszcza bardziej schowane i odległe od głównych ulic uliczki i alejki – nam się trafił wiosenny deszcz i śpiew ptaków – rewelacja. Skały mienią się w słońcu jak obsypane brokatem, na każdym kroku jakiś muzyk, obłędna atmosfera.





18. Biblioteka
Miejsce, w którym miała wziąć ślub Carrie Bradshaw z Seksu w wielkim mieście, ale nie wzięła, bo Mr. Big jej uciekł. Przepiękny budynek. Gdybyśmy mieli taką bibliotekę w Trójmieście, to chyba bym w niej zamieszkała. Omijajcie tylko szerokim łukiem tamtejszy sklepik, bo można zbankrutować, tyle cudowności. Warto też pamiętać o szanowaniu przestrzeni mieszkańców, którzy korzystają z biblioteki w celu pracy, opracowywania materiałów, czy po prostu czytania książki dla przyjemności. Tam, gdzie jest tabliczka, aby nie wchodzić i nie robić zdjęć, nawet jeśli jest pięknie – a jest – stosujemy się do prośby z tabliczki.






19. Vision Expo
Tu to będzie niespodzianka. Jestem tymi targami lekko zawiedziona. Chyba po prostu postawiłam im za wysoko poprzeczkę. Że Nowy Jork, że Hameryka, że och i ach, widziałam relację parę razy w mediach społecznościowych. No cóż. DUŻO mniejsze od targów europejskich takich jak Mido, czy opti, gdzie mamy po 6 hal, których nie sposób obejść w trzy dni. Dodatkowo targi europejskie to jedna wielka impreza, wszędzie muzyka, jedzenie, alkohol, a na Vision Expo? Kawa i to tylko u tych największych. (Z tym, że nie ma alkoholu to akurat całkiem dobrze. + nie ma basenów z roznegliżowanymi kobietami, co jeszcze bardziej na plus.) Wystawcy mówią wprost, że jest skromnie, bo drogo. Za wszystko trzeba dodatkowo zapłacić.
Spotkałam na targach kilka świetnych osób, łącznie z wystawcami z Polski oraz Glamoptometrist, czy Coco and Breezy i nie tylko, ale same targi niestety żadnego wrażenia i efektu WOW na nas nie zrobiły. Największe wrażenie zrobiła na mnie fotochromowa soczewka kontaktowa Acuvue, której nie ma jeszcze w Polsce i nie mogłam jej wcześniej zobaczyć. Film z tego w jaki sposób się zabarwia, zobaczycie na Instagramie w wyróżnionej relacji „Vision Expo”.



20. Korzystaj dla siebie, nie dla zdjęć
Rozglądaj się, zaglądaj w małe uliczki, zwłaszcza na Brooklynie. W świecie Instagrama, kiedy każdy chce mieć ładne zdjęcie, wiele osób idzie przed siebie do celu, bo w przewodniku napisali, że tu i tam są legendarne i najlepsze zdjęcia w Nowym Jorku. Takich przewodników z poradami jest mnóstwo, ale najważniejsze jest to, co zostanie w Twojej głowie i wspomnieniach. Warto czasem odłożyć telefon z aparatem i po prostu oglądać oczami, nie kamerą. Oddychać, czuć wszystkimi zmysłami, a nawet wyłączyć myślenie i być tylko tu i teraz.
______
Ja wiem, wiem… Nie jest to relacja w całości w stylu „och i ach”, ale za to jest maksymalnie szczera.
Jestem w Nowym Jorku zakochana po uszy i po raz pierwszy od wyjazdu z Wrocławia, ryczałam jak dziecko, wyjeżdżając z tego miasta. Głównie ze względu na ludzi, którzy są przemili i bardzo uprzejmi, ale również ze względu na to, że lubię takie miejsca jak Nowy Jork, zatłoczone, głośne, pełne życia i muzyki. Pewnie dlatego wyprowadziliśmy się na wieś. Logiczne, prawda?
______





______________________
Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa (lub mojego M., jeśli ja na nich jestem), dlatego bardzo proszę ich nie kopiować.
utworzone przez Justyna Nater | mar 16, 2019 | Artykuły
Zapraszamy do Gdyni w dniach 19-20 października!
Wykłady w sobotę przeznaczone są dla specjalistów – okulistów, optometrystów, optyków, ortoptystek, tyflopedagogów…
Niedziela dla wszystkich zainteresowanych!
Tematyka konferencji – oczywiście wzrok, ale w wielu aspektach:
– optometria,
– okulistyka,
– neurologia,
– farmakologia,
– słabowidzenie i tyflopedagogika,
– wzrok dzieci,
– wzrok kierowców,
– suche oko,
– dietetyka,
– higiena brzegów powiek,
– facefitness !
– oprawy okularowe,
– soczewki okularowe,
– soczewki kontaktowe,
i to nie wszystko. Przecież muszą być jakieś niespodzianki !
Do zobaczenia w Gdyni już w październiku!
Bilety dostępne na stronie
www.eyecareconference.com
