utworzone przez Justyna Nater | lut 10, 2015 | Artykuły

Nie wiem od czego zacząć, bo nigdy nie planowałam pisać recenzji czegokolwiek.
Właściwie nadal nie chcę pisać tego tekstu w formie recenzji, ale dzisiaj wyjątkowo mam ogromną potrzebę powiedzieć co czuję po powrocie z kina, więc proszę, nie oceniajcie tego tekstu pod kątem poprawności literackiej.
Jak widzicie po tytule wpisu – wybrałam się na film Carte Blanche.
Grają go od 23 stycznia, a reżyserem i jednocześnie autorem scenariusza jest Jacek Lusiński.
Gatunek – dramat obyczajowy.
To jeden z tych filmów, po którym widzowie nie zrywają się ze swoich siedzeń na sekundę po zakończeniu projekcji. Podnoszą się niechętnie dopiero po chwili od włączenia świateł na sali.
[Ewentualnie trafiła mi się taka cudowna grupa odbiorców, która przeżywała to, co ja po emisji filmu.]
Kacper, główny bohater, którego fenomenalnie gra Andrzej Chyra, jest nauczycielem historii. Ulega wypadkowi samochodowemu, w którym ginie jego matka. Po pewnym czasie okazuje się, że wypadek ten przyspiesza rozwój choroby, która sprawia, że Kacper stopniowo traci wzrok.
Jednocześnie jednak dostaje wychowawstwo klasy maturalnej, którą chce doprowadzić do matury, dlatego nie mówi o swojej sytuacji nikomu poza najlepszym przyjacielem.
Ale szczerze mówiąc, zamiast opisywać fabułę, chciałam dzisiaj napisać o czymś innym.
Bohater cierpi na barwnikowe zwyrodnienie siatkówki, czyli retinopatię barwnikową (retinitis pigmentosa). Jest to ogólny termin, który odnosi się do obejmujących całą siatkówkę zaburzeń nabłonka barwnikowego siatkówki oraz siatkówki sensorycznej. Retinopatia barwnikowa jest grupą chorób dziedzicznych, które upośledzają funkcje fotoreceptorów i nabłonka barwnikowego, co w efekcie prowadzi między innymi do postępujących ubytków w polu widzenia.
Kacper ma hobby, lubi patrzeć w niebo, obserwuje gwiazdy. Pewnego wieczoru siedząc przy swoim teleskopie, zauważa ciemną plamkę w polu widzenia.
Po wypadku problemy ze wzrokiem zaczynają się znacznie nasilać.
Na filmie pokazane jest badanie pola widzenia. Bohater mówi do lekarza, że chciałby po prostu dostać okulary i nie rozumie dlaczego cała procedura trwa tak długo. Wtedy pada odpowiedź – okulary nie będą potrzebne.
Film jest niesamowicie wzruszający. Pokazuje człowieka, który traci wzrok, a jednocześnie nie poddaje się i próbuje żyć normalnie. O jego chorobie nie wie nikt poza przyjacielem oraz profesorem, który postawił diagnozę.
Poza tym perfekcyjnie widać, jak bardzo nasze otoczenie, ulice, szkoły, komunikacja miejska są nieprzystosowane do osób słabowidzących. Nie ma pomocy, nie ma prawidłowych oznaczeń.
Próbowaliście kiedyś iść przez miasto z zamkniętymi oczami? Mamy to szczęście, że zawsze możemy je otworzyć. Niektórzy niestety nie mogą. Nie widzą i nie zobaczą.
Świetnie pokazana jest również scena w klasie, kiedy w miarę pogarszania się wzroku u Kacpra wyostrza się zmysł słuchu. Do tego stopnia, że słyszy szelest kartek podczas sprawdzianu w klasie, odbierając tym samym możliwość ściągania jednej ze swoich uczennic.
Oczywiście przewija się także wątek miłosny. I tu mocne uderzenie w odbiorcę. Kiedy ukochana kobieta, planująca ślub i wspólne mieszkanie, dowiaduje się o chorobie i utracie wzroku partnera, zostawia go argumentując, że nie może spędzić reszty życia z kaleką.
A powiadają, że miłość jest na dobre i na złe… tylko, czy w takim przypadku można mówić o miłości..?
Wisienka na torcie – badanie wzroku u lekarza medycyny pracy.
Idealnie zobrazowana sytuacja, która niestety powtarza się codziennie i nieustannie od wielu już lat.
Ponieważ nikt w szkole, w której pracuje, nie wie, że stracił już praktycznie wzrok, Kacper boi się że badania pozbawią go praw do wykonywanego zawodu. Dostaje od swojej uczennicy tablicę z optotypami (literami do badania ostrości wzroku) i uczy się jej na pamięć przed pójściem na badania.
Podczas badania lekarka prosi go o przeczytanie liter z tablicy wiszącej na ścianie. Zupełnie nie przywiązuje uwagi do tego, co pacjent czyta, wypisuje jednocześnie jego kartę, a na koniec odwraca się, „sprawdza” czy wszystko zostało „przeczytane poprawnie” i stawia „diagnozę”.
Człowiek, który praktycznie całkowicie stracił wzrok, na pamięć recytuje ostatnią linię, świadczącą o najlepszej możliwej ostrości wzroku, a lekarka mówi, że jest zdrowy i podpisuje mu wyniki badań.
Po sali kinowej przebiega uśmiech o zabarwieniu w stylu „skąd ja to znam”.
Niestety. Tak zwykle wygląda badanie wzroku u lekarza medycyny pracy albo przed egzaminem na prawo jazdy.
Dopiero, kiedy zaczniemy się zastanawiać, widząc nadjeżdżający samochód, ile widzi kierowca, który miał możliwość w ten sposób oszukiwać na badaniach, przestaje się robić wesoło.
Niedawno słyszałam opinię znajomej, która opowiadała, że za każdym razem chodzi do tego samego specjalisty, a on od wielu lat na ścianie ma powieszoną taką samą tablicę do badania wzroku.
Że właściwie w tej chwili to już wie co jest na niej napisane i nawet jeśli nie widzi to nie ma problemu z domyśleniem się i odczytaniem symboli na niej się znajdujących.
Smutna, ale niestety prawdziwa rzeczywistość.
Ale film jest naprawdę warty obejrzenia. Czytałam kilka recenzji. Trafiłam nawet na jedną, która krzyczała, że film standardowo po polsku „spłaszczony”, że historia idealna i że amerykańce zrobiliby z niej wielki kinowy „hit”.
Dla mnie film jest bardzo dobry. Gra aktorska również. Wzrusza. Daje do myślenia.
Nie da się o nim zapomnieć.
Thomas Jefferson: „Człowiek, który żyje jak zboże, staje się słomą historii.”
utworzone przez Justyna Nater | sty 26, 2015 | Artykuły
Tytuł tego wpisu zainspirowany jest tekstem z koszulki mojego przyjaciela, który dotyczył strażaków. Właściwie, to że „się jest, a nie bywa” powinno dotyczyć każdego zawodu. Zwłaszcza zawodów zajmujących się dbaniem o nasze zdrowie i życie.
Latem słyszałam opowieść o przesympatycznej pani doktor, która pojechała na wycieczkę grupową zorganizowaną przez miejskie biuro podróży. Pani doktor na co dzień jest lekarzem rodzinnym. Podczas wyjazdu jedna z uczestniczek straciła przytomność.
Nie wchodząc w szczegóły – pani doktor odmówiła udzielenia pomocy, podkreślając, że nie jest w pracy, a na urlopie i ma prawo do odpoczynku. Do dzisiaj uważam, że ktoś wtedy powinien był to zgłosić. Istnieje przecież przysięga Hipokratesa…
Tym wpisem zaczynam cykl tekstów, dotyczących prawidłowego badania wzroku. Prawidłowego podejścia specjalisty do pacjenta, prawidłowego schematu badania oraz doboru korekcji okularowej i soczewek kontaktowych.
Większość osób nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wiele razy była potraktowana „hurtowo” i niedokładnie z tego względu, że nie wiedzą jak powinno wyglądać dobrze wykonane, pełne badanie.
Mam ogromną nadzieję, że informacje zawarte w kilku najbliższych wpisach pozwolą zastanowić się, których „specjalistów” omijać szerokim łukiem.
Jak zwykle zaczynam od opowieści.
Mój Narzeczony, zanim się poznaliśmy, cztery lata badał wzrok i robił okulary w pewnej dość znanej firmie, której nazwy wymieniać tu nie będę, ze względu na to, że Jego przypadek nie musi świadczyć o tym, że firma ta w ogóle nie zatrudnia dobrych specjalistów. Mógł mieć po prostu sporego pecha.
Kiedy umówiliśmy się po raz pierwszy, moją uwagę zwróciły Jego przeraźliwie czerwone oczy. Wyglądały na bardzo zmęczone. Od słowa do słowa po jakimś czasie dowiedziałam się wreszcie, że obecna korekcja jest dużo silniejsza od poprzedniej.
Kazano Mu się „przyzwyczaić” i myślał, że tak po prostu musi być.
Gdybyście zobaczyli wszystkie Jego recepty okularowe… każda była inna.
Po tym, jak już zrobiliśmy Mu nowe okulary, w których teraz czuje się świetnie, postanowiłam nie odpuszczać i wybrać się do salonu, w którym do tej pory badano Mu oczy.
Kierowniczka powiedziała, że mają wykwalifikowanych specjalistów PO KURSACH. Z naciskiem na WYKWALIFIKOWANYCH.
Powiedziała jeszcze bajeczne :
„Widocznie pana wada wzroku bardzo często się zmienia i skacze”
(miała historię dotychczasowych korekcji… raz większa, raz mniejsza…, oś astygmatyzmu to już była totalna przypadkowość…).
Żeby nie robić większego zamieszania, nie poprawiałam pani kierownik, mówiąc, że po kursach to mogą mieć refrakcjonistów, a nie optometrystów.
Po długiej rozmowie i po jej telefonie do przełożonego powiedziała, że W DRODZE WYJĄTKU, pomimo, że okulary były wykonywane dawno, wstawią do tych samych opraw korekcję, którą przynieśliśmy na obecnej recepcie.
Sukces.
Ale na odchodne i tak podkreśliła, że po prostu jest to problem „skaczącej” wielkości wady. …
Ciekawe, kiedy teraz ta Jego wada zacznie „podskakiwać” : )
Jeszcze lepiej wyglądała wizyta u okulisty kilka dni później. Trwała 12 minut, z zegarkiem w ręku. Siedziałam pod gabinetem i z ciekawości mierzyłam czas. Pani okulistka zdołała w tym czasie zebrać wywiad, zbadać ciśnienie, dobrać korekcję okularową (lepiej nie wspominać tu o jej wartości) i przepisać receptę na krople nawilżające (dostępne w aptece bez recepty). 12 minut.
To wszystko, co powyżej, to nie dlatego, żeby się nagadać i surowo ocenić „specjalistów”.
Chodzi o to, aby pacjentom uświadomić, że mają prawo wymagać czegoś więcej. Mają prawo zająć to minimum pół godziny w gabinecie.
Specjalistom przypomnieć, że to od nich zależy, czy pacjent będzie miał ochotę do nas wrócić, a przy tym systematycznie dbać o swój wzrok.
Jeśli raz zostanie potraktowany na zasadzie „im szybciej, tym lepiej” to nie tylko nie wróci do tego samego gabinetu, ale w ogóle nie będzie miał ochoty na kolejne wizyty u kogokolwiek.
To jak powinna wyglądać ta prawidłowa wizyta?
Specjalista powinien słuchać i obserwować pacjenta od momentu jego pojawienia się w drzwiach. Bardzo ważna jest rozmowa. Jeśli zobaczycie, że badający Was nie słucha lub nie przywiązuje specjalnej uwagi do tego, co mówicie, to już pierwszy sygnał, że coś jest nie tak.
Badanie wstępne
Na podstawie pierwszej rozmowy można już postawić wstępne rozpoznanie, dotyczące problemów pacjenta. Celem takiego wstępnego badania jest uzyskanie informacji na temat ewentualnie występujących nieprawidłowości wzroku. Specjalista może spostrzec występowanie wysokiej wady refrakcji, zaburzenia w ruchomości gałek ocznych, wady widzenia obuocznego, czy choroby oczu. Badanie wstępne to nie tyle konkretne pomiary, raczej jest to obserwacja pacjenta. Wielu specjalistów posiada również lampę szczelinową, która pozwala na ocenę stanu zdrowia poszczególnych struktur w oczach.
Badanie refrakcji
W tej części wizyty optometrysta mierzy, wykonuje już konkretne pomiary. Obejmują one zarówno ocenę kształtu rogówki, zmierzonego za pomocą keratometru jak i pomiar wielkości wady refrakcji. Wcześniejsza diagnoza postawiona podczas wywiadu i badania wstępnego jest zweryfikowana i uściślona właśnie podczas tego badania.
Specjalista może zbadać wstępnie pacjenta za pomocą autorefraktometru (o którym wspomniałam w jednym z poprzednich wpisów), ale dokładny pomiar wykonuje za pomocą foroptera i/lub kasety z zestawem szkieł próbnych, może również używać skiaskopu – najprościej mówiąc takiej latarki, którą badający świeci pacjentowi w oko, przesuwając ją od lewej do prawej i z powrotem, obserwując odblask światła w źrenicy pacjenta : ) (o skiaskopii napiszę cały osobny tekst, ponieważ jest to dość obszerny temat).
Badanie widzenia obuocznego
Po wykonanym badaniu wielkości wady refrakcji, wykonuje się badanie widzenia obuocznego. Jak napisałam powyżej, ewentualne problemy z tym widzeniem, można już podejrzewać podczas badania wstępnego. Żeby opisać dokładnie na czym polega to badanie, trzeba wyjaśnić wiele specjalistycznych słów takich jak forie, rezerwy fuzyjne, amplituda akomodacji … Chciałabym opowiedzieć o nich w jak najbardziej przystępny sposób, dlatego dokładnie wytłumaczę je przy, kolejnym z cyklu prawidłowego badania wzroku, wpisie o badaniu widzenia obuocznego.
DIAGNOZA
Optometrysta po wykonaniu wszystkich badań: po zebraniu wywiadu, po badaniu wstępnym oraz po sprawdzeniu stanu zdrowia oczu pacjenta wraz z badaniem refrakcji oraz tym ostatnim badaniem (o którym jeszcze dzisiaj za dużo nie napisałam, ale obiecuję to zrobić w najbliższym czasie), badaniem widzenia obuocznego, stawia diagnozę i decyduje się na odpowiednio dalsze postępowanie.
Nawiązując do tekstu „Optometrystą się jest, a nie bywa”…
Zdecydowana większość pacjentów trafiających do specjalistów od ochrony narządu wzroku potrzebuje badania optometrycznego. Problemy oczu na tle medycznym dotyczą zdecydowanej mniejszości. Dlatego tak ważny jest bardzo dokładny wywiad i badanie wstępne, podczas których optometrysta powinien sprawdzić z jakim problemem boryka się przychodząca do niego osoba.
Przede wszystkim ważne jest, żeby uświadomić sobie, że problemy wzrokowe mogą mieć naprawdę wiele różnych powodów i nie wolno lekceważyć niczego, co mówi pacjent.
Optometrysta jest specjalistą, którego można nazwać diagnostykiem. Dlatego jeśli traficie do dobrego optometrysty, będzie on w stanie nie tylko zmierzyć wadę refrakcji, ale i zdiagnozować zarówno choroby narządu wzroku, jak i na podstawie jego stanu, choroby ogólnoukładowe.
Dlaczego unikamy lekarzy i wizyt kontrolnych?
Wiadomo, że jeśli czujemy się ze specjalistą komfortowo i wiemy, że jest zaangażowany w wykonanie badania, to dużo chętniej wrócimy do niego na wizytę kontrolną.
Wiem jak można się czuć.
Ostatnio byłam na wizycie u pani neurolog, która stwierdziła, że nie interesują jej żadne inne „dziwne objawy” poza bólami głowy, bo ona jest neurologiem i nie zna się na niczym więcej (nie żartuję, naprawdę zrobiła sobie taką reklamę). Wypisała mi w końcu skierowanie na tomografię komputerową, żebym się „uspokoiła”, bo po „popukaniu” mnie młoteczkiem w kolana miała stu procentową pewność, że uraz głowy jakiego doznałam rok temu, kiedy miałam wielkiego guza na samym czubku głowy, nie spowodował żadnych obrażeń.
Nie docierały moje zapewnienia, że nie przyszłam do lekarza po diagnozę „umierasz”, ale że owszem, chciałam usłyszeć, że wszystko jest w porządku. Skierowanie na tomografię dostałam z tak zwanej „łaski” i w stylu „masz, wyjdź i uspokój się”. Oczywiście z szerokim uśmiechem na twarzy.
Nikt z nas na pewno nie nudzi się w życiu na tyle, żeby dla przyjemności i rozrywki biegać po lekarzach i wymyślać sobie ciężkie choroby.
Dlatego jeśli trafiłeś do okulisty (lub optometrysty) , który „potraktował cię” w 12 minut, zastanów się proszę nad powtórzeniem wizyty u innego specjalisty. Szukaj do skutku. Nie zrażaj się. Pamiętaj, że trzeba badać wzrok. Zdaję sobie sprawę, że taka jedna nieudana wizyta może być demotywująca, ale uwierz, że zdrowie Twoich oczu jest warte poświęcenia dodatkowego czasu na znalezienie „tego jedynego” najlepszego specjalisty.
W kolejnym wpisie postaram się Wam bardzo zrozumiale przedstawić schemat obowiązującego w Polsce standardu badania optometrycznego, opracowanego przez Polskie Towarzystwo Optometrii i Optyki.
Wy do skutku szukajcie idealnego specjalisty, a ja do skutku (aż wejdzie wszystkim w nawyk) będę przypominać o regule 10/10/10 oraz o mruganiu – do dzieła : )
utworzone przez Justyna Nater | sty 19, 2015 | Artykuły
Może porównanie wyda się Wam zbyt obrazowe, ale jest naprawdę bardzo trafne.
Jeśli zmieniasz i pierzesz bieliznę, żeby zachować higienę osobistą i nie prowokować powstawania różnorakich zapachów, to dlaczego nie jest dla Ciebie problemem, jeśli Twoja soczewka jednodniowa, zamiast jeden dzień na oku, leży sobie na nim dwa dni (łącznie z nocą pomiędzy)?
Albo – jeśli robisz pranie, to wrzucasz bieliznę do pralki (miski), a następnie dodajesz płynu do prania, to dlaczego soczewkę ściągasz dzień w dzień i wkładasz ją do pudełka z płynem, nie czyszcząc jej powierzchni?
Wyobrażasz sobie brudną bieliznę wrzuconą do wody i pozostawioną w niej na całą noc? Czy rano wyjmiesz ją, wysuszysz i będzie czysta na tyle, żeby ją na siebie założyć?
Skoro więc nie zachowujesz się w ten sposób (mam nadzieję! ), to dlaczego tak łatwo jest ignorować zalecenia dotyczące użytkowania soczewek kontaktowych?
Łatwo… bo nie śmierdzą?
Dobra, koniec z tymi cudownymi porównaniami.
Polecam je sobie jednak przemyśleć wieczorem, podczas ściągania soczewek z oczu.
Przypomniała mi się taka „radosna” historia, która miała miejsce w lipcu 2014, w jednym z banków w moim rodzinnym mieście. Przyszłam coś załatwić, nawet nie pamiętam w tej chwili co dokładnie, ale to nie ma tu żadnego znaczenia.
Zostałam poproszona do stanowiska, przy którym siedział młody pan. To, co jako pierwsze zwróciło moją uwagę, to były jego paskudnie czerwone oczy. Do tego stopnia, że nie potrafiłam się skupić na odpowiedziach na zadawane przez niego pytania.
[Jak bardzo chciałabym, żeby ten wpis do niego dotarł! Może przypomniałby sobie tę sytuację i wziął ciąg dalszy tekstu do serca.]
Nie wytrzymałam i zamieniłam się z nim rolami, teraz sama zaczęłam zadawać pytania.
Czy nosi pan soczewki? – Noszę. – Miesięczne? – Tak. – Śpi pan w nich prawda? – Tak, skąd pani wie? – I pewnie ma je pan na oczach ponad miesiąc… – …. .
Tu nastąpiła cisza, a ja poczułam, że trochę się zagalopowałam, więc od razu zaczęłam przepraszać i tłumaczyć się solidnie z ostrzelania go pytaniami, na które wcale nie miał obowiązku odpowiadać.
Ale wytłumaczyłam mu również, że pytam, bo jest mi go bardzo szkoda!
(Szkoda mi nie było, myślałam sobie szczerze mówiąc, że właściwie sam jest sobie winny, chociaż koniec końców był naprawdę bardzo sympatyczny i miałam wrażenie, że wina leżała po stronie specjalisty, który nie skontrolował, czy pacjent prawidłowo użytkuje przepisane mu soczewki.)
Najgorsze było to, że soczewki były nie tylko przenoszone i zaniedbane. Wyglądały też dosłownie tak, jakby krawędź soczewki „wrzynała się” w oko tego biednego człowieka. Do tego wszystkiego, po moich argumentach i trafnych spostrzeżeniach, on bronił się, że mają po prostu klimatyzację w banku… a oczy wyglądały tak, jakby ktoś mu podał czerwoną farbę w kroplach. Nie żartuję.
Wychodząc powiedziałam tylko – Błagam pana… niech pan dla własnego dobra jak najszybciej zdejmie te soczewki i uda się do specjalisty, który je panu przepisał… – Pan się uśmiechnął i więcej go w tym banku nie widziałam, choć bywałam niejednokrotnie.
Mam nadzieję, że koniec końców nic złego się mu nie stało.
Drogi użytkowniku soczewek kontaktowych…
Kilka razy już w swoich postach pisałam : mamy jedną parę oczu. Warto o nie dbać.
A od niewłaściwego użytkowania soczewek kontaktowych naprawdę można się nabawić paskudnych powikłań, a nawet całkowicie stracić wzrok.
Warto wyrobić sobie pewne nawyki i traktować je jako obowiązkowe…
tak, jak na przykład codzienne mycie zębów, czy właśnie pranie i zmienianie bielizny!
Zdrowe nawyki to Twoje zdrowe oczy.
Dlatego pamiętaj:
Soczewki dobieraj u specjalisty. WYŁĄCZNIE.
Wykluczone jest samodzielne „szacowanie” wady (która jest inna dla soczewek i dla korekcji okularowej) i kupowanie sobie soczewek „na oko” (w tym przypadku biedne oko…) w sklepie, czy przez internet. Nie rób tego! Możesz sobie naprawdę zrobić krzywdę.
Soczewki są różnej wielkości, mają różne krzywizny… To, jaka soczewka pasuje do Twojego oka, może ocenić specjalista, który wie, na jakie aspekty powinien zwrócić uwagę.
Podstawowa sprawa – higiena. Nie wkładasz brudnych rąk do buzi, nie wkładaj też do oczu!
Zanim w ogóle dotkniesz swoich soczewek, dokładnie umyj, a poza tym WYSUSZ dłonie.
(Przy czym podkreślam, pisząc „wysusz” nie mam na myśli ręcznika wiszącego od tygodnia na wieszaku przy umywalce, w który ręce wyciera cała Twoja rodzina, albo współlokatorzy… coś, co masz pewność, że też jest CZYSTE.)
Soczewki naprawdę musisz czyścić dzień w dzień. Wspomniane skarpetki, bielizna, zapachy i nie będę się powtarzać. Nie chcesz wiedzieć, co pływa w Twoim pojemniczku z płynem i soczewkami ściągniętymi po całym dniu (z dodatkowo nieumytym od tygodnia pojemnikiem), chociaż myślę, że każdy powinien mieć okazję zobaczyć swój własny płyn w duuużym powiększeniu, po standardowych długoterminowych zaniedbaniach.
NIGDY nie czyść, ani nie przechowuj soczewek w wodzie.
Służy do tego wyłącznie płyn zalecany przez specjalistę.
Twoja ślina też się do tego nie nadaje.
Pojemnik na soczewki, tak jak i same soczewki, czyść CODZIENNIE (to nie żart, ani przesada), PŁYNEM (nie wodą) do soczewek.
Nie używaj kilku pojemników na raz. Najlepiej jeden zmieniany minimum raz na trzy miesiące.
Pojemnik czyści się przez pocieranie i płukanie, a następnie dokładne osuszanie. Bezwzględnie jednak po wysuszeniu nie zostawiaj pojemnika otwartego, bo mycie nie będzie miało żadnego sensu.
Nie trzeba chyba podkreślać, że pojemnika z płynem i soczewkami w środku, również nie zostawia się, uprzednio go nie zamykając…
Jeszcze jedna uwaga dotycząca płynu. Kończy Ci się płyn, kupujesz nowy i co robisz?
Nigdy w życiu nie dolewaj nowego do starego i na odwrót. Taki zmieszany, niewstrząśnięty drink nadaje się tylko do wylania go do zlewu.
Nie śpij w soczewkach – chyba, że specjalista zalecił inaczej.
Ściągaj je tak często, jak zostało Ci to poradzone podczas wizyty.
Jeśli słyszysz, że możesz nosić soczewki kilka godzin dziennie, pamiętaj, że kilka to nie kilkanaście.
BARDZO WAŻNE – wspomnij pana z banku, o którym napisałam wyżej.
Dostałeś soczewki miesięczne? Nosisz je MIESIĄC. KONIEC. Po miesiącu wymieniasz na nowe. (Dotyczy każdego rodzaju – tygodniowych i innych również).
Pamiętaj, że soczewki możesz wymienić, z oczami może być problem.
Jeśli wiesz, że jesteś leniwy i nie masz ochoty bawić się w mycie, pocieranie, suszenie i inne „trudne czynności” wybierz soczewki jednodniowe – ubierasz rano, wyrzucasz wieczorem – problem zabaw z pojemniczkami masz z głowy.
Basen, prysznic, sauna – to miejsca, które nie lubią się z Twoimi soczewkami kontaktowymi. Nie pływasz, ani nie bierzesz prysznica w bieliźnie i skarpetkach prawda? Ściągaj również soczewki.
Jeśli zdarzy się nieprzewidziana sytuacja:
– niespodziewany wyjazd na basen,
– bardzo długi wieczór z przyjaciółmi (a soczewki w oczach od wczesnego rana),
– soczewka wypadnie i poleci na podłogę,
zawsze lepiej mieć przy sobie awaryjną parę okularów, które możesz założyć „w razie W”.
Jeśli soczewka wypadnie/spadnie/upuścisz ją i NIE masz możliwości wypłukać jej w płynie dezynfekującym (mówiłam: woda i ślina odpadają), natychmiast ją wyrzuć.
Jeśli poczujesz ból lub pieczenie, zobaczysz, ze oczy są zaczerwienione, a widzenie będzie zamglone, ściągaj soczewki i skontaktuj się ze swoim specjalistą.
No chyba, że jak w przypadku niektórych niesubordynowanych osób…
wiesz, że wczoraj poszedłeś popływać w soczewkach na basen, a po powrocie nie chciało ci się ich ściągnąć i położyłeś się spać… rano wstałeś z czerwonymi oczami– powód znasz. A ja nawet nie chcę tego komentować.
Po prostu ściągasz soczewki, dajesz oczom odpocząć i zakładasz nowe. NOWE.
Pamiętaj, to tylko ogólne porady.
O soczewkach kontaktowych, użytkowaniu, doborze i innych tematach powiązanych, pojawi się tu jeszcze wiele tekstów.
Powtarzam, dbaj o wzrok. Masz tylko jedną parę oczu.
A teraz 10/10/10 i… MRUGAMY!
utworzone przez Justyna Nater | sty 13, 2015 | Artykuły
Obiecałam Wam niedawno, że w sobotę pokażę Wam film o problemach wzrokowych dzieci. Bardzo Was przepraszam za to opóźnienie. Chciałabym żebyście włączyli sobie film:
W trakcie badań przesiewowych oczu u dzieci, nie da się wykryć wszystkich możliwych dolegliwości
wzrokowych.
Popatrzcie zatem co się stanie, jeśli zaniedbamy oczka naszych pociech.
W Kanadzie przeprowadzono eksperyment wzrokowy, w którym wzięły udział cztery nauczycielki. Po całym doświadczeniu odbyła się rozmowa na temat ich odczuć i wniosków. Panie podjęły się wyzwania i zgodziły się aby zaprezentowano „na nich” niektóre problemy wzrokowe dzieci.
Pierwsza z nauczycielek była krótkowidzem – po prostu zabrano jej okulary i poproszono o to, aby spróbowała poradzić sobie bez nich. Drugiej za pomocą pryzmatu rozdzielono wrażenia wzrokowe. Po prostu widziała ona podwójnie (nie będę jeszcze przy tej okazji pisać czym jest konwergencja bo zapewne widzicie podpis „convergence insufficiency patient”, ale to jest dłuższy temat, o którym wkrótce Wam opowiem, a na razie skupmy się na tym, że nauczycielka widziała po prostu podwójnie). Jej oczy nie były w stanie współpracować i łączyć obrazów w jeden.
Trzeciej z kobiet, Michelle założono soczewkę kontaktową na prawe oko, aby odgrywało ono rolę tak zwanego „leniwego oka”. Bardzo szybka definicja leniwego oka? Po prostu obniżona ostrość wzrokowa. Leniwe oko niedowidzi, a takie dziecko nie posiada widzenia trójwymiarowego.
Ostatnia nauczycielka otrzymała soczewki kontaktowe z astygmatyzmem. To sprawiło, że nie widziała wyraźnie ani z bliska ani z daleka.
Efekty?
Badanie ostrości widzenia do dali – wszystkie panie odczytały małe litery na tablicy poza nauczycielką, która odgrywała dziecko krótkowzroczne (nie musiała udawać bo sama jest krótkowidzem).
Badanie ostrości wzroku do bliży – nauczycielki odczytywały podany tekst, ale z wielkim trudem. Ale odczytywały – to ważne.
Ostatnia pani, która nosiła soczewki z astygmatyzmem, zaczęła się skarżyć, że nie jest w stanie się na niczym skupić. Ani na ćwiczeniach, ani na tym, co mówił wykładowca. Ale zdała testy na ostrość wzroku.
O tym też jest tytuł całego ćwiczenia – 20/20 isnt’ everything, co znaczy ni mniej ni więcej co – Twoje dziecko może podczas badania wzorku skupić się i odczytać prawidłowo litery na pokazywanej mu tablicy, ale NIESTETY TO NIE DAJE GWARANCJI, że dziecko nie ma problemów ze wzrokiem.
Podkreślam raz jeszcze, dzieci nie wiedzą jak powinny widzieć prawidłowo. Jeśli są w stanie przy większym skupieniu coś odczytać to myślą, że robią to tak jak inni rówieśnicy, ale widocznie nie są tak utalentowane, czy mądre, aby robić to sprawniej. Zwróćcie uwagę na zachowanie nauczycielek. Bardzo szybko były zmęczone i rozdrażnione tłumacząc, że czują się tragicznie i nie są w stanie się skupić. Pomyślcie teraz – one przeżywały to przez chwilę. Dzieci nie mają wyboru. Nie zdejmą sobie z oka przeszkadzającej soczewki kontaktowej. Nie skazujcie swojego dziecka na takie CIERPIENIE. Bo tymi słowami trzeba nazwać sytuację, w której dziecko musi dzień w dzień funkcjonować z różnymi dysfunkcjami wzroku.
WNIOSEK? Zanim zaprowadzisz dziecko do szkoły – zaprowadź je na PORZĄDNE badanie wzroku do specjalisty, a przede wszystkim ROZMAWIAJ z dzieckiem i dopytuj o jego wrażenia wzrokowe podczas codziennego życia. I REAGUJ, kiedy zobaczysz nieprawidłowości w jego zachowaniu.
utworzone przez Justyna Nater | sty 9, 2015 | Artykuły
Bardzo często nie zastanawiamy się nad powodem problemów z dzieckiem w szkole, czy w domu podczas codziennych czynności. Słabe wyniki w szkole, czy złe zachowanie powodują, że zwykle dziecko zostaje z marszu zaszufladkowane i określone jako niegrzeczne, nadpobudliwe lub leniwe. Powodem nie musi być wcale trudny charakter dziecka, ale na przykład problemy z jego wzrokiem. Miejmy na uwadze również fakt, że pierwsze lata szkoły są dla dzieci stresujące, co w połączeniu z zaburzeniami widzenia może mieć naprawdę bardzo niekorzystny wpływ na jego zachowanie.
Często dzieci mające problemy z czytaniem, pisaniem lub ogólnym kontaktem z rówieśnikami są kierowane od razu do poradni psychologiczno-pedagogicznych z powodu „opóźnienia w rozwoju umysłowym”. Potem niejednokrotnie słyszą od rówieśników, że coś z nimi nie tak, skoro muszą chodzić na zajęcia do poradni.
Problemy ze wzrokiem utrudniają także sprawność fizyczną dziecka, a szczerość kolegów i koleżanek bywa bezwzględna. Wady wzroku wpływają niekorzystnie na koordynację wzrokowo-ruchową. Dziecko potyka się, nie trafia piłką do kosza, nie udaje mu się jej złapać, zaczyna być nazywane klasową łamagą albo słabeuszem.
Wszystkiemu winna cywilizacja i postęp technologiczny?
Tak, to są właśnie główne przyczyny problemów ze wzrokiem maluchów.
Pamiętam, że kiedy moi podwórkowi znajomi i ja byliśmy małymi uczniakami, całymi dniami ganiało się po podwórku, denerwując wręcz rodziców wołających nas na obiad do domu i słyszących wieczne „zaaaaaraz mamo!”. Trzepak? Największa frajda. Rolki, rower, piaskownica, huśtawka, spacer do parku, plac zabaw. Od dziecka kocham śnieg, potrafiłyśmy z Mamą wychodzić na sanki o 3 w nocy, kiedy tylko zaczynało sypać. Zdecydowanie większą część swojego dzieciństwa spędziłam na świeżym powietrzu.
A dzisiaj? W szkołach dzieci na przerwach siedzą z telefonami i tabletami. W domu przed komputerem i telewizorem. Nie wiem, czy u Was też to widać, ale nawet Śmigus Dyngus to już tylko dzień, kiedy rano lepiej nie wychodzić z domu, bo prędzej dorosła młodzież wyleje na głowę wiadro zimnej wody (o ile i takich będzie się miało „szczęście” spotkać), niż przebiegną nam drogę śmiejące się dzieci z pistoletami na wodę. W szkole wymaga się szybkiej edukacji, wprowadza się egzaminy w coraz to młodszych klasach, co powoduje niemały stres u każdego dziecka. Po zajęciach dzieci nie spędzają już tyle czasu na świeżym powietrzu co kiedyś.
Praca wzrokowa, którą wykonują skupia się głównie na pracy do bliży, co jest przyczyną niewłaściwego rozwoju układu wzrokowego, a w konsekwencji powodem wielu zaburzeń widzenia i postępującej krótkowzroczności – czyli problemami z widzeniem do dali.
Efekt? Dziecko nie widzi prawidłowo tego, co pani napisze na tablicy, a to powoduje ogromne problemy ze skupieniem jego uwagi, co z kolei sprawia, że uczeń wydaje się być pobudzony, niegrzeczny i nie jest zainteresowany ani lekcją, ani materiałem, a z tego wszystkiego zaczyna mieć niskie poczucie własnej wartości.
Najgorsze jest to, że nawet dzieci, które mają dobrane okulary, wcale nie widzą w nich dobrze. Dlaczego? Dlatego, że rodzice nie zdają sobie sprawy z tego, jak szybko może się zmieniać wada wzroku ich dziecka. Prawda jest taka, że do zmiany okularów często powinno dochodzić nawet do dwóch, czy trzech razy w ciągu roku! Naprawdę.
No dobrze, ale po czym poznać, że dziecko może mieć wadę wzroku?
Charakterystyczne objawy problemów z oczami to między innymi mrużenie lub pocieranie oczu, które nie musi być spowodowane wieczornym zmęczeniem dziecka. Rodzice powinni zwracać także uwagę na ustawienie głowy swojej pociechy, podczas wykonywania przez nie różnych czynności. Głowa powinna być ustawiona prosto, jeśli ją przekrzywia na jedną stronę, to już sygnał dla nas, żeby zwrócić na to uwagę. Warto również co jakiś czas przyglądać się oczom dziecka, aby sprawdzić czy zwrócone są w tę samą stronę, czy może jedno z nich „ucieka” na zewnątrz lub do środka.
Małe dzieci nie wiedzą jak powinny widzieć prawidłowo, dlatego nie warto liczyć na to, że poinformują nas o problemach z widzeniem. Nawet badania przesiewowe przeprowadzane w szkołach nie zawsze mogą dać ostateczny i wiarygodny wynik. Z tego powodu tak ważna jest czujność rodziców. Zwykłe czynności, takie jak oglądanie telewizora, czy praca przy komputerze mogą nam dać sygnał o nieprawidłowościach – może zauważymy, że dziecko nie potrafi oglądać bajki siedząc na kanapie ustawionej naprzeciwko telewizora, a koniecznie chce siedzieć bliżej ekranu.
Pamiętajmy, że odpowiednie warunki do pracy dla naszego układu wzrokowego dotyczą również oczu dzieci. Tak jak nam potrzebne jest prawidłowe oświetlenie pomieszczenia, w którym pracujemy, tak pokoje, czy kąciki pracy dzieci powinny spełniać odpowiednie warunki, kiedy dziecko odrabia prace domowe lub bawi się, czyta, czy rysuje.
Jednak my możemy sprawdzać, kontrolować i obserwować dziecko w domu, a co poza nim?
Nie pozwólmy nauczycielom od razu oceniać naszej pociechy jako ucznia mniej zdolnego, potrzebującego pomocy w poradni specjalistycznej lub kłopotliwego i niewychowanego. Nauczyciele tak naprawdę sami powinni wiedzieć, że należy obserwować swoich podopiecznych i zgłaszać rodzicom ewentualne niepokojące zachowania, ale oczywiste jest, że jeśli grupa, czy klasa jest dość liczna, nauczyciel nie jest w stanie fizycznie dokładnie przyglądać się każdemu po kolei. Co w takiej sytuacji?
Jeśli nauczyciel zwróci nam uwagę na złe zachowanie dziecka, a i my w domu zaczniemy mieć podejrzenia, że jest coś nie tak, zwróćmy uwagę na wygląd jego zeszytów.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każde dziecko musi mieć od razu cudowny charakter pisma (a często nigdy go nie będzie miało :) ), ale chodzi o to, że można zauważyć, czy jest pewna reguła, na przykład jeśli zdecydowanie widać, że notatki z lekcji, czy prace domowe nie są pisane równo w linijkach.
Dziecko z problemami wzrokowymi może mieć większe problemy z czytaniem niż jego rówieśnicy, a jednym z widocznych zachowań jest nadmierne zbliżanie oczu do tekstu, który ma przeczytać.
Prowadzący zajęcia sportowe mogą zauważyć problemy młodego człowieka z grą w piłkę, nie trafianiem nią do celu, nie łapaniem jej itd.
A pamiętacie regułę 10/10/10, o której pisałam w poście o zmęczonych oczach? Zdecydowanie powinniście ją stosować nie tylko u siebie, ale i u Waszych dzieci. To dotyczy zarówno zajęć w domu, jak i lekcji w szkole.
Czy są z nami nauczyciele? Jeśli tak to proszę Was, spróbujcie od dzisiaj na swoich zajęciach organizować co jakiś czas krótkie pauzy dla oczu Waszych podopiecznych. Wystarczy wymyślić nawet jakąś szybką zabawę polegającą na przeniesieniu wzroku z zeszytu na większą odległość – na przykład za okno. Poza tym pamiętajcie, jeśli dziecko przychodzi do szkoły w okularach, to do Was należy pilnowanie, aby te okulary nosiło przebywając na lekcjach w szkole.
Rodzice, postarajcie się więcej czasu spędzać z dziećmi na świeżym powietrzu. Krótkowzroczność jest coraz bardziej powszechna wśród młodych ludzi i tak naprawdę sami sobie jesteśmy winni. Nie pozwalajcie dzieciom spędzać dużo czasu przy komputerze. Ja wiem, że teraz gry i bajki i inne rozrywki, to wszystko zapewnia komputer, czy tablet, ale to naprawdę SZKODZI ich młodym oczkom. Nie róbmy dzieciom krzywdy. Jest mnóstwo sposobów na zapewnienie im rozrywki, która na pewno spodoba im się bardziej niż aplikacja z grą na tablecie.
Jeśli zapewniacie dziecku wyprawkę szkolną to warto również przed pójściem do szkoły i profilaktycznie później, co jakiś czas badać jego wzrok. A jeśli będzie już miało stwierdzoną wadę wzroku pamiętać, że może się ona bardzo szybko zmienić, dlatego badanie należy powtarzać nawet dwa razy w roku (albo częściej).
Dobre widzenie Waszego dziecka to jego komfort i lepsza samoocena. To lepsze wyniki w nauce i większa ciekawość poznawania świata. To wielki radosny uśmiech na twarzy.
Dbajcie o wzrok. Swój i dzieci. Warto : )