utworzone przez Justyna Nater | lip 21, 2017 | Lifestyle
Co prawda tytuł tekstu może sprawiać wrażenie takiego o negatywnym wydźwięku, ale nic bardziej mylnego. Nie zamierzam mówić tu o tym, że Woodstock jest zły, niedobry, że powinni zakazać organizacji tej imprezy.
Wręcz przeciwnie.
Wyznaję też zasadę, że w tego typu sytuacjach oceniać, czy krytykować można dopiero wtedy, kiedy się coś widziało, przeżyło, słyszało na własne uszy, oczy i inne…
Wprowadzając Was zatem w temat (o którym dzisiaj chciałabym tylko krótko, żeby rzucić hasło i żebyście mieli to na uwadze) uprzedzam pytania – TAK, byłam na Woodstocku.
I jeszcze raz – Tak, byłam w Kostrzynie nad Odrą, tak bawiłam się na Woodstocku.

[źródło zdjęcia: garnek.pl]
Co prawda było to już dobrych kilka lat temu – był rok 2010 i możliwe, że wiele się od tamtej pory zmieniło, ale… o tamtej edycji festiwalu mogę powiedzieć jedno – było fantastycznie.
Oczywiście pewne rzeczy nie były zgodne z moimi oczekiwaniami i oczywiście bywało tak, że pewne zachowania, pewnych osób, pewnych grup nie za bardzo mi odpowiadały, ale nie sposób jest przy takiej ilości uczestników trafić wyłącznie na osoby zachowujące się tak, jak byśmy sobie tego życzyli.
Tak naprawdę pojechałam na festiwal dla Leszka Możdżera, pojechałam też dla (wtedy jeszcze „małego” zespołu) Tabu, grającego reggae – Tabu w tej chwili grywa już na dużej scenie Woodstocku, wtedy grali jeszcze na małej.
Nigdy nie zapomnę tego oberwania chmury podczas najważniejszego dla mnie koncertu, koncertu Leszka…
Moi znajomi byli wściekli, bo nie chcieli mnie po nocy zostawić samej pod sceną. Przy czym mi deszcz zupełnie nie przeszkadzał, bo byłam zachwycona muzyką, a oni jednak trochę przeze mnie przemokli, za co ich serdecznie przepraszam.
Przejdźmy do rzeczy
KĄPIELE BŁOTNE
Widziałam. Nie uskuteczniałam. Co o tym sądzę? Wszystko jest dla ludzi, chociaż bywają opinie, że niby kąpiele błotne kojarzą się ze zwierzętami… Ale czy ja wiem? Jak ktoś lubi… nikomu tym nie robi krzywdy, ewentualnie samemu sobie. Właśnie o tym chciałam Wam dzisiaj napisać w kontekście oczu.
Drodzy Woodstockowicze, kąpcie się ile się Wam podoba. Ja mam do Was tylko jedną gorącą prośbę.
Róbcie to na tyle odpowiedzialnie, żeby nic wam nie zjadło oka.
Mówię poważnie.
Jeśli napiszę teraz, że przydałyby się okulary ochronne (albo jak chcecie „pływać”, czy „nurkować” to może takie do pływania), to i tak mnie zapewne wyśmiejecie i powiecie
„Chyba oszalałaś, że ja będę jakieś specjalne okulary zakładał”.
No i dobra, odpuśćmy ten temat, bo i tak Was nie przekonam.
Możecie jednak trochę inaczej podejść do sprawy.
W glebie i wodzie występują powszechnie wolno żyjące gatunki pełzaków pierwotnych z rodziny Acanthamoebidae.
Pewnie nic Wam to jeszcze nie mówi. Poza tym co ma wspólnego pełzak z Woodstockiem.
No pełzak to ewentualnie tylko po zbyt dużej ilości złotego napoju z bąbelkami podczas festiwalu.
Ale teraz tak… z czego składa się błoto? Z gleby i wody, tak?
Jeśli chodzi o samą wodę – z tego właśnie powodu nie można pływać w soczewkach kontaktowych, nie wolno płukać soczewek kontaktowych wodą z kranu.
Połączenie wody i gleby – środowisko idealne dla pełzaczków.
DLATEGO najlepiej by było, gdyby takie błoto nie dostało się Wam do oczu.
Acanthamoeba – (pol. Akantoabema / Akantameba) to rodzaj ameb (gromada Discosea, supergrupa Amoebozoa).
Te małe „stworzonka” mogą powodować chorobę pasożytniczą zwaną akantamebozą.
Może ona wywołać ziarniakowe zapalenie mózgu, ale my tu o oczach, więc jeśli chodzi o oczy to dzięki niej może się pojawić pełzakowate zapalenie rogówki.
Nie wiem, czy wiecie, jak takie zapalenie wygląda (za kilka linijek będzie zdjęcie – jak ktoś jest wrażliwy to uprzedzam, że może mieć odruch… no różnoraki), ale ta urocza ameba po prostu wcina sobie rogówkę oka.
Skutki złapania Akantoameby mogą być bardzo poważne, może to być trwała ślepota lub nawet utrata oka.
Zakażenie może nastąpić w sytuacji, kiedy jesteśmy skaleczeni lub mamy uszkodzoną powierzchnię oka.
Jakie są objawy?
– uczucie ciała obcego w oku,
– pogorszenie widzenia,
– zaczerwienienie oczu,
– ból,
– światłowstręt,
– łzawienie,
– w dalszym etapie zmiany wyglądu rogówki, charakterystyczne białe pierścienie.
![[źródło zdjęcia: http://mddk.com/acanthamoeba-keratitis.html]](https://www.dbajowzrok.pl/wp-content/uploads/2017/07/acanthamoeba-keratitis-pictures-640x443.jpg)
[źródło zdjęcia: http://mddk.com/acanthamoeba-keratitis.html]
Moi Drodzy, to też nie jest tak, że w tym błocie możecie „spotkać” tylko Akantoamebę, a żeby ją złapać trzeba mieć trochę szczęścia, bo na wędkę się nie da, niezależnie od przynęty.
Mimo wszystko tam, w tych błotnych kąpielach, będzie trochę więcej drobnoustrojów i o zapalenie spojówek, czy rogówek naprawdę nietrudno.
DLATEGO
NIE MÓWIĘ WAM – „Dajcie spokój”. NIE.
Kąpcie się do woli.
Ale chciałabym, żebyście pamiętali:
– nie wolno w tym błocie kąpać się w soczewkach! POD ŻADNYM POZOREM;
– jeśli się zdarzy, że wpadniecie w błoto „przypadkiem” i akurat będziecie mieli założone soczewki, a choćby kropla tego błota, czy wody dostanie się do oczu – proszę – ściągnijcie te soczewki od razu i najlepiej załóżcie nowe, bo warunki Woodstockowe raczej nie sprzyjają czyszczeniu soczewek płynem i prawidłowej higienie itp.;
– pamiętajcie, żeby na Woodstock zabrać ze sobą raczej soczewki jednodniowe, z tego samego powodu, jaki wymieniłam powyżej – nie wierzę, że będziecie w stanie w tej festiwalowej atmosferze i warunkach codziennie zdejmować, czyścić i zachowywać higienę użytkowania soczewek o przedłużonym trybie noszenia, i to nie dlatego, że w Was wątpię, ale po prostu…no nie;
– w razie czego zabierzcie ze sobą krople nawilżające i sól fizjologiczną żeby móc sobie oczy po prostu przepłukać – podkreślam tylko, że jeśli Wasza ręka będzie zbyt chwiejna to lepiej dać buteleczkę znajomemu (który wcześniej umyje ręce) niż wydłubać sobie oko.
I ogólnie po prostu BAWCIE SIĘ ŚWIETNIE, a jednocześnie uważajcie na siebie.
Na pewno za rok też będziecie chcieli się wybrać na festiwal i nie tylko słuchać, ale także oglądać wykonawców i patrzeć bez problemu na swoich znajomych.
„Dwoma okami”, a nie jednym.
Umowa stoi?
Siema!
P.S.
I jeszcze jeden tekst, który może się przydać podczas festiwalu. Zupełnie niechcący.
Kliknijcie TUTAJ.
utworzone przez Justyna Nater | lip 12, 2017 | Lifestyle
Czy łatwo jest oszukać tysiące ludzi?
W internecie dzisiaj wszystko jest możliwe.
Manipulacja goni manipulację, a czytelnicy „kupują” wszystko, co podsunie im się pod nos.
Manipulacje związane z korzyściami kredytowymi, z wydarzeniami ze świata i kraju, z polityką. To wszystko się dzieje, tylko większość z odbiorców nie weryfikuje absolutnie żadnej podawanej dalej informacji.
Taka manipulacja, o niesamowitej skali i obrzydliwej perfidii, miała miejsce w ostatnich kilku miesiącach.
#BojęSięCiemności
Kojarzycie?
Nasuwa mi się tylko pytanie – Jakim trzeba być wypranym z uczuć i emocji człowiekiem, żeby zmanipulować wszystkich tematem dotyczącym cierpienia dziecka?
Wyjaśnijmy w skrócie o jaką sytuację chodzi – bez zbędnego rozpisywania się, bo większość z Was i tak zapewne już zna sprawę, a ci co nie znają mogą spokojnie zapytać Wujka Google i on chętnie odpowie przynajmniej kilkunastoma zasobnymi w informacje na ten temat linkami.
Na jednej ze stron, zajmujących się różnego rodzaju dobroczynnymi zbiórkami pieniędzy, została otwarta zbiórka pieniędzy dla Antosia, który tracił wzrok. Aby uratować jego oczy należało wpłacić kwotę, która miała umożliwić mu wyjazd do Stanów. Brzmi znajomo, prawda? O tym zaraz.
Zbiórka była co jakiś czas przedłużana, ponieważ nie udawało się zebrać potrzebnej kwoty pieniędzy – czyli bagatela pół miliona polskich złotych.
Założycielem zbiórki była osoba prywatna. Do akcji włączyli się również aktorzy, sportowcy i znane osoby ze świata „show biznesu”. Machina się rozpędziła, pieniądze (z nadwyżką) zebrano.
W tym samym czasie, pod koniec akcji, inny portal wydał oświadczenie oraz zgłosił możliwość popełnienia oszustwa.
Okazało się, że nie ma żadnego Antosia, nie ma chorych oczu, nie ma wyjazdu do Stanów, żadne takie dziecko nie leczy się w Polsce w podanym wcześniej szpitalu.
Oczywiście zbiórka została zamknięta, sprawa jest w toku, organizator tego przedsięwzięcia nie chce udzielać żadnych wywiadów, nie odbiera telefonów, zdawkowo pisze, że pieniądze zostaną zwrócone itd. Itd.
Nie ma sensu rzucać nazwami, ani nazwiskami, i tak możecie to sobie bez problemu sprawdzić we własnym zakresie. Poza tym sprawa jest wyjaśniana, a do czasu wyjaśnienia, choćbym miała nie wiem ile negatywnych myśli i choćbym była niesamowicie wściekła i myślała o tym panu, co sobie tak ze wszystkich zakpił, jak najgorsze rzeczy – do czasu wyjaśnienia sprawy nie czuję się upoważniona do publicznego wyrażania opinii na ten temat. Chociaż uwierzcie mi, BARDZO chętnie bym to tu teraz zrobiła. Może jak już będzie oficjalny wyrok, dodam tu krótki „edit” i wtedy polecą epitety.
Na razie chciałam tu o czymś innym…
Antoś, który nie istniał i nie istnieje miał mieć siatkówczaka. Miał mieć jedyną szansę na uratowanie widzenia, dzięki operacji wykonanej w Stanach.
Dlaczego pytałam, czy to brzmi znajomo?
Pamiętacie…
Oko w oko z rakiem – Aniołowie Marceliny?
Oko Poli – walka z siatkówczakiem?
Siatkówczak – pan życia i śmierci?
Na pewno pamiętacie. A jeśli nie to już Wam przypominam – to też były zbiórki dla dzieci chorych na siatkówczaka. Wszystkie trzy zakończone sukcesem. W dwóch pierwszych udało się w Stanach uratować oczy dziewczynek, w przypadku Tomusia niestety oczko zostało usunięte, ale chłopiec ma protezę, a najważniejsze jest to, że udało się uratować jego życie.
Te dzieci do tej pory jeżdżą na kontrole po operacjach, zabiegach i podanych lekach.
Zbiórek dla dzieci z siatkówczakiem jest naprawdę dużo. Aż łzy stają w oczach, kiedy się widzi JAK dużo…
Siatkówczak – (retinoblastoma) to nowotwór złośliwy, który nieleczony prowadzi do śmierci dziecka, a jest w tej chwili jednym z najczęstszych nowotworów wewnątrzgałkowych występujących u dzieci. Może być dziedziczony lub może wystąpić w wyniku mutacji. W przypadku postaci dziedziczonej występuje zwykle obustronnie, w tej drugiej zaś zwykle w jednym z oczu. Objawy tego nowotworu pojawiają się przeważnie w pierwszym roku życia.
(RODZICE ! BADANIA WZROKU WASZYCH DZIECI SĄ NAPRAWDĘ BARDZO WAŻNE!)
Najbardziej charakterystyczne dla siatkówczaka są przede wszystkim biała źrenica oraz zez. Przy czym zez świadczy o tym, że nowotwór zajął plamkę (miejsce widzenia centralnego na siatkówce), a biała źrenica, że zajął już znaczną część siatkówki.
Nieleczony lub oporny na leczenie siatkówczak może dać przerzuty do innych narządów.
[źródło zdjęcia: chect.org.uk ]
Niektóre dzieci z siatkówczakiem otrzymują w Polsce krótką informację : „Oko do usunięcia”.
Nic dziwnego zatem, że jeśli dostają zielone światło na leczenie u słynnego już dr Abramsona w Stanach Zjednoczonych, ich rodzice stają na głowie, żeby wyjechać i uratować życie i wzrok dziecka.
Już wiele razy słyszałam opinie w stylu „Nowotwór nowotworem, ale rodzice mają przynajmniej zafundowany wyjazd do Stanów” …
Naprawdę?
Naprawdę wydaje się Wam, że mając swoje ukochane dziecko, któremu grozi utrata widzenia, utrata oka, utrata życia, wycieczka do Stanów to najbardziej atrakcyjna perspektywa całej sytuacji?
Doktora Abramsona możecie „bliżej” poznać tutaj : https://www.mskcc.org/cancer-care/doctors/david-abramson
Powiem tak – jestem wściekła na całą sytuację. I na użycie chwytającego za serce hasła „Boję się ciemności”!
Wiecie dlaczego?
Bo pomimo tego, że udało się zebrać potrzebne kwoty dla wielu dzieci, wielu pozostałym się to nie udaje. I tak społeczeństwo ma problem z pomaganiem, i tak mamy do czynienia z ograniczonym zaufaniem, i tak sporo osób podchodzi do takich apeli o pomoc na zasadzie przewijania strony dalej i nie zatrzymywania się ani na sekundę. Ci którzy pomagają, jak to pięknie określili rodzice Marceliny, to naprawdę Anioły. I ja przepraszam jak tu kogoś uraziłam, bo teraz to różnie z tą wrażliwością na różne rzeczy bywa, ale Anioły to jest właśnie to właściwe określenie.
W każdym razie ja bym chciała do Was w tym miejscu tak naprawdę gorąco i serdecznie zaapelować.
Żebyście postarali się tę historię z nieistniejącym Antkiem puścić w niepamięć, w tym sensie żebyście nie oceniali innych zbiórek tego typu przez pryzmat tej jednej. Błagam.
Bo te dzieciaki naprawdę potrzebują pomocy, bo każde z tych dzieci równo zasługuje na ratunek wzroku i życia.
Nie zrażajcie się przez jednego człowieka, któremu mózg wyparował być może na jakichś ekskluzywnych wczasach pod palmami. Nie wiemy jeszcze co nim kierowało, być może nic dobrego, ale żadne z tych dzieci, które naprawdę cierpią i naprawdę potrzebują pomocy, nie są temu winne.
To tyle ode mnie dzisiaj.
P.S.
Tych, którzy wiedzą, jaki mam obecnie problem z dłonią – uspokajam – rękę oszczędzam, pisałam ten tekst trzy dni, ręką lewą.
utworzone przez Justyna Nater | cze 25, 2017 | Lifestyle
Dzisiaj nie będzie porad. Dzisiaj będzie apel.
Gorący apel – o pomoc.
Z czym kojarzy Wam się Kenia?
Ze słońcem?
Z safari?
Z opalenizną?
Z przygodą?

Wczasy w Kenii… upał, owoce, kolorowe drinki… piękna perspektywa…
Można by pomyśleć – raj!
To samo w zeszłym roku myślałam o Bahamach, dopóki nie poznałam realiów życia mieszkańców Karaibów.
Nigdy nie zapomnę słów hotelowego taksówkarza – „Dla turystów raj, a nasza codzienność. Pięknym widokiem dzieci nie nakarmię.”
KENIA
– pierwszy wynik Wujka Google krzyczy – „Spędź niezapomniane wakacje w Kenii!”
A dalej propozycje – Kenia wakacje, Kenia safari, Kenia pogoda, Kenia ciekawostki, Kenia mapa itd. itd.
W rzeczywistości jest to państwo o powierzchni ponad 580 km2, w którym mieszka ponad 47 mln ludzi.
Kenia to przepaść – między bogactwem a skrajną biedą.
zdjęcie: Onet Podróże
LECZYMY Z MISJĄ
W jakiej odległości od miejsca Waszego zamieszkania znajduje się JAKAKOLWIEK placówka ochrony zdrowia? Przychodnia, poradnia, prywatny gabinet, szpital, cokolwiek?
W Kenii na jeden szpital przypada 100 tysięcy mieszkańców.
Brakuje specjalistycznego sprzętu, brakuje lekarzy…

Leczymy z Misją to piękna studencka inicjatywa, tworzona przez studentów polskich uniwersytetów medycznych.
Założona przez studentów z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Wspiera ją Fundacja Harambee Polska.

Trzeci wyjazd do Afryki
W poprzednich edycjach w roku 2015 i 2016 do Kenii zawieziono 11 ton specjalistycznego sprzętu medycznego (w tym USG, łóżka porodowe, a także pełne wyposażenie gabinetu stomatologicznego).
W tym roku w akcji bierze udział ponad 50 wykwalifikowanych wolontariuszy, osób chcących nieść pomoc, osób, które staną na głowie, żeby zapewnić Kenijczykom taką opiekę zdrowotną, na jaką zasługuje każdy człowiek.
Projekt otrzymał wyróżnienia
– w kategorii „Społeczna inicjatywa roku” konkursu Travelery National Geographic,
– w kategorii „Projekt roku” w konkursie „StRuNa 2016”, Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
„Największym problemem opieki medycznej w Kenii jest zbyt mała ilość wykwalifikowanego personelu medycznego połączona z brakiem odpowiedniego sprzętu oraz leków. Opieka specjalistyczna poza stolicą kraju praktycznie nie istnieje, a liczba lekarzy w przeliczeniu na mieszkańca jest 11-krotnie niższa niż w Polsce.”
Trwa zbiórka pieniędzy na Polak Potrafi (kliknij, aby przejść do strony zbiórki).
Potrzebnych jest 28 tysięcy złotych:
- 22 000 zł na pokrycie wynajmu oraz kosztów użytkowania samochodu terenowego podczas trwania projektu,
- 6 000 zł na zakup niezbędnego wyposażenia apteczki dla każdej z grup wolontariuszy.

ZADBAJĄ O WZROK KENIJCZYKÓW
W tym roku do Kenii jadą studentki OPTOMETRII z Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu.
Natalia Kosmowska i Martyna Aldis – będą pracować w Szpitalu Misyjnym w miejscowości Wamba.
Z dziewczynami jedzie również lekarz okulista. Zabiorą oni do Kenii setki par okularów korekcyjnych. Zbadają wzrok mieszkańcom, dobiorą korekcję, zdiagnozują występujące w oczach choroby.
Dodatkowym celem zespołu będzie wyposażenie i przygotowanie specjalistycznego gabinetu, w którym wykwalifikowany personel będzie mógł zająć się problemami wzrokowymi mieszkańców.

Nie przechodzi się obojętnie obok takich projektów. Musimy pomóc tym fantastycznym ludziom, zebrać potrzebną kwotę pieniędzy!
Jeszcze raz przypominam – na stronie Polak Potrafi możecie przyłączyć się do zbiórki!
Wiecie, że dobro wraca? Wraca. Naprawdę.
Zróbmy razem coś dobrego.
Wolontariusze mają przed sobą ogromne wyzwanie, wysiłek i poświęcenie.
My możemy pomóc, aby ten wyjazd był możliwie maksymalnie owocny.
Pomóżmy tym ludziom zobaczyć Świat na nowo!
Dbaj o wzrok! Nie tylko swój.
Każdy człowiek zasługuje na dobre widzenie.
utworzone przez Justyna Nater | cze 10, 2017 | Artykuły, Lifestyle
Od kilku wpisów na blogu same przyjemności i rozrywka. Może to tak wyglądać… Najpierw Festiwal Kolorów, potem Fidget Spinner, a dzisiaj będzie o… lalkach.
Nie martwcie się, profil strony się nie zmienia. To tylko kilka moich refleksji…
Umieszczam je w zakładce Lifestyle, więc w przyszłości nie znajdziecie ich w zakładce Dbaj o wzrok.
(Gdybyście jeszcze kiedykolwiek szukali.)
Już tłumaczę, skąd taka, a nie inna tematyka tego wpisu.
Firma Mattel, którą zapewne znacie z brandu Barbie, rozpoczęła jakiś czas temu piękną i moim zdaniem również wzruszającą kampanię reklamową, która nie opiera się jedynie na promocji firmy, ale także na czymś znacznie bardziej wartościowym. Kampania ma na celu poruszyć wyobraźnię dziewczynek, dotyczącą ich zawodowej przyszłości.
Do tej pory lalka Barbie kojarzyła się z idealną, pięknie ubraną kobietą w perfekcyjnym makijażu.
Teraz mamy serię Barbie You can be anything – Możesz być kim chcesz.

[Źródła zdjęć: Instagram Barbie]
Dziewczynki bawiące się lalkami, mogą wcielać się w różne życiowe, zawodowe role.
Jedną z lalek w tej serii jest Barbie Eye Doctor.
W zestawie znajdziemy tablicę do badania wzroku, stojak z okularami, a co najważniejsze foropter! Interpretacja dowolna – Barbie okulista, optometrysta – w sumie w tym momencie wszystko jedno – najważniejsze, że dziecko już od małego może pobawić się w lekarza, czy specjalistę wykonującego zawód medyczny.

Może Was to nie ekscytować tak jak mnie. Mnie ta lalka bardzo chwyta za serce.
Uważam, że może ona pomóc w prowadzeniu rozmowy z dzieckiem na temat badań wzroku, może to dziecko przekonać, że wizyty u okulisty, czy optometrysty wcale nie trzeba się bać.
W gabinecie można dziecku pokazać foropter i powiedzieć –
„Pamiętasz? Twoja Barbie też ma takie kosmiczne okulary!”
Oprócz tego lalka trzyma w ręku oftalmoskop / skiaskop. Często dzieci boją się tego, co trzeba zbliżyć im do twarzy i oczu – można już w domu pokazać, jak takie badanie wygląda, a potem zmienić prawdziwe badanie w fascynującą zabawę.
Nie wspominając już o tym, że jeśli sami wykonujecie zawód optometrysty lub okulisty, możecie dziecku pokazać
„Zobacz, tak właśnie pracuje twoja mama! Pomaga pacjentom widzieć wyraźnie świat!”
A może zupełnie nie jesteście związani z zawodami medycznymi, a to Wasza córka zostanie w przyszłości lekarzem?
I teraz dalsza część kampanii…
Piękne jest to, że Mattel odeszło od stereotypu na temat tego, które z rodziców głównie bawi się z dziewczynkami lalkami Barbie.
„Dads who play Barbie”
W ramach tej kampanii nagrano kilka krótkich i jeden dłuższy spot. Filmy pokazują autentycznych, typowych mężczyzn i ich córki.
Jeśli chcecie go zobaczyć, kliknijcie TUTAJ

[Źródło zdjęć: Instagram Barbie]
Celem tej kampanii według wiceprezesa globalnej komunikacji marketingowej marki Barbie – Kristina Duncan’a ma być nowe pozycjonowanie marki. W 2015 roku została wprowadzona kampania, o której pisałam przed chwilą „You can be anything”. Nagrania córek bawiących się lalkami z ojcami to jej kontynuacja.
Oczywiście firma przeprowadziła odpowiednie badania, a analiza wyników tych badań pokazała, że dziewczynki, które już od małego mają dobre relacje z rodzicami, a zwłaszcza z ojcami, są bardziej samodzielne w dorosłym życiu i bardziej pewne siebie już w dzieciństwie. Kampania powstała, aby uświadomić, że zaangażowanie w zabawę z dziećmi przyczynia się do ich emocjonalnego oraz intelektualnego i społecznego rozwoju.
Najpiękniejsze jest hasło, które pojawia się na zakończenie nagranych spotów:
„Czas spędzony w świecie jej wyobraźni to inwestycja w jej realny świat.” [polska wersja filmu]
W zeszłym roku firma wypuściła spot „Imagine The Possibilities”- „Wyobraź sobie możliwości”. I to właśnie ten spot pokazywał, że kreatywna zabawa, w której dzieci przyjmują różne role społeczne, jest ważnym elementem kształtującym przyszłą tożsamość dzieci.

WARTO
Nie piszę tego, żeby Wam zareklamować lalki. Chciałabym podkreślić, że warto poświęcać dzieciom więcej czasu. Warto bawić się z nimi, interesować się nimi, warto poruszać ich wyobraźnię. Zamiast wkładać im w rękę tablet, czy smartfon, zaangażować w swoje codzienne zajęcia. Być może te zajęcia zajmą nam wtedy dwa razy więcej czasu, ale każda minuta spędzona z dzieckiem jest ważna.
A odnosząc się jeszcze do zestawu Barbie, który Wam pokazałam – warto od małego tłumaczyć dzieciom, jak ważny jest wzrok. Powtarzam w wielu tekstach – dzieci nie wiedzą, że widzą źle, bo nie mają pojęcia, jak to jest widzieć prawidłowo. Regularne badania ich wzroku leżą w obowiązku rodziców. Dziecko nauczone systematyczności, dziecko, które wie, jak ważne są badania wzroku, na pewno w przyszłości samo będzie prawidłowo dbało o swoje oczy.
Pomyślcie o tym.
KONKURS
Mam dla Was zestaw Barbie Eye Doctor. Jeśli chcecie go wygrać, w komentarzu do tego wpisu opiszcie swoją ulubioną zabawkę z dzieciństwa. Wygrywa najciekawszy komentarz. Konkurs trwa do środy, 14 czerwca – do końca dnia.
Wyniki w piątek 16 czerwca na fanpage’u Dbaj o wzrok. Powodzenia!

utworzone przez Justyna Nater | cze 7, 2017 | Lifestyle
Poruszam ten temat ze względu na zainteresowanie, jakie wzbudza zabawka. Zabawka, gadżet, jak zwał tak zwał.
Jeśli do kogoś jeszcze nie dotarło, że Fidget Spinner jest już dostępny w Polsce i jeśli kompletnie nie wiecie o co chodzi, już szybciutko wyjaśniam.
Ludzie na całym świecie zwariowali na jego punkcie. Wpiszcie hasło w wyszukiwarkę google, a wyświetlą się Wam setki, tysiące publikacji na ten temat. Internet oszalał. Instagram kipi od zdjęć. Youtube od filmów z trikami.
Gadżet rekomendowany dla dzieci z ADHD, autyzmem, a także między innymi dla osób znerwicowanych. Według twórców pomaga się uspokoić i wyciszyć.
Krążą nawet teorie o rzucaniu palenia dzięki Fidget Spinner.
Podstawowa wersja tej zabawki wygląda tak

Mieści się w dłoni i może kosztować od kilkunastu do nawet kilkuset złotych w zależności od wykonania i wyglądu.
Środkowa część jest nieruchoma i przeważnie przedmiot w tym miejscu umieszczany / opierany jest na palcu. Pozostała część złożona z trzech (w tej wersji) „ramion” jest obrotowa. Dodatkowo podczas wirowania na palcu odczuwa się delikatne wibracje.
I cała zabawa polega na tym, że właśnie ta obrotowa część się kręci. Według mnie taka unowocześniona wersja bączka. Pamiętacie jeszcze jak wyglądały bączki?
Twórcy Fidget Spinner twierdzą, że gadżet uspokaja.
Czytam opinie użytkowników w internecie. Podobno działa.
A jeszcze lepiej – że nerwowe, nadpobudliwe dzieci, bawiąc się tym, nagle stają się spokojne.
Są też osoby, które nagrywają filmiki z różnymi trikami, takimi jak podrzucanie, czy odbijanie, zmienianie palców w trakcie wirowania gadżetu itd. Dotarłam nawet do artykułu, w którym pewna mama ostrzega, że podrzucanie przedmiotu może skończyć się utratą widzenia. Jej syn podrzucił swój FS, a ten spadając uderzył go w brzeg oka. Mało brakowało, a chłopak straciłby gałkę oczną.
Ale w tym przypadku nie ma co zrzucać winy na przedmiot. Jak podrzucicie kredkę i jej nie złapiecie, to dopiero może być katastrofa, ale czy to znaczy, że niebezpiecznie jest używać kredek?
Za granicą niektóre szkoły zabroniły przynoszenia zabawki na lekcje. Podobno z powodu zbytniego rozpraszania uczniów w trakcie zajęć.
Sprzedaż tego gadżetu na całym świecie stale wzrasta.
Obejrzałam dziesiątki filmów i przeczytałam kilkanaście artykułów i publikacji.
Szukam wyników badań, dotyczących wpływu Fidget Spinnerów na nerwicę, czy ADHD.
Pustka.
W wywiadzie dla Independent.co.uk Scott Kollins (psycholog kliniczny i profesor na Uniwersytecie Duke) powiedział, że na rynku jest wiele zabawek dla dzieci z ADHD, ale nie ma żadnych dowodów na to, aby poza uspokajaniem działały pro-zdrowotnie:
“I know there’s lots of similar toys, just like there’s lots of other games and products marketed toward individuals who have ADHD, and there’s basically no scientific evidence that those things work across the board.
If their description says specifically that this can help for ADHD, they’re basically making false claims because these have not been evaluated in proper research.”
Także psychiatra z Rush University Medical Centre w Chicago – dr Louis Kraus twierdzi, że skoro nie ma żadnych naukowych dowodów o antystresowym działaniu i pomocy dzieciom z autyzmem, czy ADHD, producenci nie powinni używać tego argumentu w marketingu sprzedażowym.
„To the best of my knowledge, there’s no science behind what they’re advertising. Without any research to show it’s of benefit, I think it’s wrong for them to advertise these things as helpful,”
Podsumowując jeszcze raz – nie powinno się reklamować czegoś w taki sposób, w jaki robią to producenci Fidget Spinner, jeśli nie mają na to dowodów w postaci wyników badań.
Na rynku dostępnych jest wiele przedmiotów antystresowych… Piłeczki do ugniatania w dłoni choćby, czy antystresowe winogrono…
Moim zdaniem ta cała otoczka wokół Fidget Spinner to po prostu dobry marketing.
Jesteśmy podatni na „modę”. Musimy mieć to, co mają wszyscy. A jeśli jeszcze do tego ktoś nam powie, że to zdrowe? Że pomaga, że odstresowuje? No przecież naprawdę musimy to mieć.
Podążamy za trendami.
Fidget Spinner może być uspokajający, tak samo jak kręcąca się na stole moneta, jak klikanie długopisem, jak „gniotek” wypełniony mąką ziemniaczaną. Zajmuje ręce (co może również być argumentem w przypadku rzucania palenia), być może ma nawet działanie podobne do hipnozy. Podkreślam – być może.
Zwraca uwagę dzieci, bo wywołuje również wrażenia wzrokowe.
Dziecko interesuje się tym, co się obraca, miga, przesuwa, wiruje…
Nie ma żadnych publikacji, ani wyników badań, które stwierdzałyby, że Fidget Spinner ma działanie terapeutyczne.
A jeśli takie znajdziecie, podrzućcie w komentarzu – chętnie poczytam.
utworzone przez Justyna Nater | kwi 30, 2017 | Lifestyle
Bardzo często mówimy „oczy by jadły, ale…” dokończcie wedle uznania.
„Je się również oczami. W obecnych czasach przywiązuje się dużą wagę do wyglądu posiłków. Na podstawową estetykę stołu składają się dwa czynniki: przyjemny wygląd samej potrawy oraz dekoracja stołu. Eleganckie nakrycie zachęca nie tylko do jedzenia, ale i do rozmowy m.in. o staraniach gospodarza, by posiłek prezentował się wspaniale. Współcześnie producenci wychodzą naprzeciw potrzebie estetycznej żywności. W krajach zachodnich coraz częściej projektuje się jedzenie. Oznacza to, że przed walorem smakowym danego produktu stawia się jego wygląd. Na podstawie badań marketingowych, firmy spożywcze kreują swoje produkty, począwszy od koloru, smaku, kształtu i dźwięku, a skończywszy na opakowaniu. Te zmienne są podstawowymi wyznacznikami estetyczności jedzenia.” Magazyn Pepper, marzec 2014
Od 21 do 30 kwietnia w Polsce odbywał się Restaurant Week, który właśnie dzisiaj się zakończył.
Restaurant Week to Festiwal Najlepszych Restauracji, trwający przez cały tydzień. W centrum zainteresowania są oczywiście restauracje biorące w nim udział, ale dodatkowo towarzyszą mu również warsztaty kulinarne, pokazy, spotkania, rozmowy i spektakle – słowem jest to wydarzenie kulinarne, bardzo wartościowe również pod względem kulturowym.
Podczas Restaurant Week możemy zarezerwować stolik dla wybranej ilości osób w jednej z restauracji biorących udział w wydarzeniu i zamówić menu festiwalowe w równie festiwalowej cenie. Za tegoroczne menu składające się z 3 dań: przystawki, dania głównego oraz deseru zapłaciliśmy 39zł!
W wybranym przez nas miejscu możemy przebywać 90 minut. Jest kilka wariantów czasowych na zarezerwowanie stolika tak, aby jak najwięcej gości mogło spróbować smaków kuchni danej restauracji. Uważam, że to bardzo dobre rozwiązanie – dzięki temu nie ma sytuacji, w których wszystkie stoliki są zajęte, a goście po skończonej kolacji przesiadują w restauracji przez cały wieczór z kieliszkiem wina lub kawą. 90 minut to idealny czas na przyjemny relaks i zaspokojenie kubków smakowych.
Udział w tym Festiwalu po raz pierwszy zaproponował mi mój M. rok temu, kiedy mieszkałam jeszcze w Trójmieście. Zabrał mnie wtedy do bardzo klimatycznej restauracji Panorama w Gdyni. Przysięgam, że nigdy nie zapomnę smaku kremu kukurydzianego, który wtedy podano nam na przystawkę oraz pięknego widoku na morze w Gdyni, rozciągającego się z okien. Wszystkim odwiedzającym Trójmiasto serdecznie polecam to miejsce.
Przechodząc do tegorocznego Festiwalu – ponownie przypomniał mi o nim mój M. i zabrał na pierwszą romantyczną kolację w Warszawie. Skoro już wiedziałam, że wydarzenie trwa przez cały tydzień, postanowiłam wykorzystać go możliwie maksymalnie. Odwiedziłam cztery restauracje. Ostatnią kolację zjadłam… dzisiaj.
FOCACCIA RISTORANTE
Restauracją, od której rozpoczęliśmy Restaurant Week była Focaccia Ristorante przy ulicy Senatorskiej 13/15.
Jak zapewne się domyślacie jest to restauracja włoska. Szefem kuchni jest w niej Michał Rajewski.
Ponieważ pojawiliśmy się pół godziny za wcześnie, obawiałam się, że będziemy skazani na spacer, a pogoda naprawdę temu nie sprzyjała – było bardzo deszczowo. Ku naszemu zaskoczeniu, przemiły Pan Kelner poprosił o chwilę cierpliwości i przygotował nam stolik przed czasem, a kiedy restaurację opuścili pierwsi goście, pozwolił nam zmienić miejsce na bliższe kuchni, w której kucharze przygotowywali potrawy.
Wybraliśmy Menu numer 2
Przystawka
Crema di pomidori rosa – Krem z pomidorów malinowych, bazylią fioletową, dymką i ogórecznikiem
Danie główne
Spaghetti all’aglio orsino – Spaghetti z Pesto z czosnkiem niedźwiedzim i parmezanem
Deser
Gelato di yogusrt al. Raparbaro – Rabarbarowe marshmallow z lodami jogurtowo – rabarbarowymi i różą damasceńską
Krem z pomidorów był ogromnym zaskoczeniem. Kelner poinformował nas, że ze względu na dodanie truskawki i wykorzystanie wielu rodzajów pomidorów, temperatura zupy jest nieco niższa niż zazwyczaj w przypadku kremów. Oczy jadły – jak widzicie po zdjęciach, a jej smak? Coś nieprawdopodobnego. Miałam wrażenie, że każdy składnik był wyczuwany osobno, temperatura dania dla mnie była wprost idealna. A podanie bardzo eleganckie.

Wykonanie prawdziwego włoskiego makaronu to nie lada wyzwanie. I tu niskie ukłony dla kucharzy restauracji – spaghetti było idealne. Przez chwilę przed podaniem zastanawiałam się, czy wybór menu był dobry, ze względu na potrawę mięsną w pierwszej opcji, ale jak tylko zobaczyłam danie, nie mówiąc już o chwili, kiedy go spróbowałam, wszelkie wątpliwości minęły. Pesto z czosnkiem niedźwiedzim było pyszne, delikatne, zbalansowane, ale nie nudne. Czasami w różnych miejscach porcje makaronu są tak duże, a dodatki tak nijakie, że kończąc jedzenie nie delektujemy się już smakiem i czujemy się przejedzeni. Tu było dokładnie odwrotnie, smak był wyśmienity do samego końca, porcja była idealna, a podanie… Sami oceńcie.

Największym zaskoczeniem był deser. Obawiałam się o marshmallow w jego składzie, ponieważ nie umiałam sobie wyobrazić tego połączenia i bałam się również zbyt intensywnej słodyczy.
Jeśli mówimy, że „oczy jedzą” to zdecydowanie w tej sytuacji najadły się do syta. Lody jogurtowe z kruszonką pod pyszną pianką, ozdobioną jadalną różą damasceńską oraz otoczoną syropem rabarbarowym – oczy w niebie, kubki smakowe w niebie, wszystko w niebie. Słodkie, kruche, ciepłe, zimne, kwaśne – efekt wspólny – niesamowity.

Kolację w Focaccia Ristorante można opisać krótko w ten sposób – Uczta dla oczu, uczta dla ciała, uczta dla ducha. Przepyszne dania, bardzo ciepła i przyjemna atmosfera, bardzo życzliwa obsługa oraz, co najważniejsze, włoskie smaki podane w eleganckim nowoczesnym stylu.
Wtrącenie
Jeszcze tego nie napisałam, ale… na cztery miejsca, które odwiedziłam, trzy z nich były restauracjami włoskimi. Musicie mi to wybaczyć. Może powiecie, że od tego jest Restaurant Week, aby poznawać inne smaki i kuchnię innych kultur, ALE… jestem absolutnie zakochana we Włoszech i Włoskim jedzeniu.
We Włoszech byłam już wiele razy, a do kolejnego wyjazdu został już niespełna miesiąc!
3 lata temu zrobiłam sobie prezent na urodziny i wyjechałam całkiem sama na ponad tydzień do Toskanii.
Mieszkałam w pokoju typu B&B u przesympatycznego Włocha, zjeździłam pociągiem najbardziej popularne toskańskie miasteczka, spacerowałam słuchając włoskiej muzyki i… jadłam.
Dlatego proszę o wyrozumiałość, mój Restaurant Week był po prostu Italian Restaurant Week’iem.
TRATTORIA MURANO
Na kolejną włoską kolację wybrałam się z przyjaciółką. Szefem kuchni w restauracji Trattoria Murano jest Jakub Bondziul, a lokal znajduje się w bardzo nowoczesnej i biznesowej lokalizacji, przy ulicy Pokornej 2.
Przy dokonywaniu rezerwacji poprosiłam o stolik przy oknie i taki też otrzymałyśmy.
Wystrój restauracji jest dosyć nietypowy, jak na restaurację włoską – dość minimalistyczny. Duże wrażenie robi oświetlenie lokalu. To, co od razu zwróciło naszą uwagę to cudowna włoska muzyka, która wprawiała w naprawdę włoski nastrój.
Wybrałyśmy z przyjaciółką menu drugie
Przystawka
Świeże pomidory, soja, mozzarella di bufala, ciabatta, dressing bazyliowy
Danie główne
Chrupiące udko z kurczaka, batat, rozmaryn, jarmuż, białe wino
Deser
Pudding ryżowy, lody o smaku solonego karmelu, kruszonka, orzechy
Przystawka na pierwszy rzut oka? Pomidory, mozzarella… Wyobrażałam sobie, że zaserwowana zostanie Caprese. A tymczasem? Bardzo pozytywne zaskoczenie, choć w składzie podanym w menu nie było groszku cukrowego oraz oliwek, a obu składników było w tej przystawce całkiem sporo. Muszę jednak przyznać, że to było naprawdę, naprawdę bardzo smaczne danie. Choć wydaje mi się, że jednak zostało odrobinę zmodyfikowane w porównaniu do tego, które było podane na stronie przy rezerwacji stolika.


Danie główne było, powiedziałabym szczerze, dosyć „skromne” jeśli chodzi o jego ilość. Gdybym była bardzo głodna prawdopodobnie bym się nie najadła, co nie jest raczej cechą charakterystyczną dla klimatów włoskich. Sałatka z jarmużu była całkiem smaczna, ale kwaśna i moje kubki smakowe miały spory problem, żeby jej smak połączyć z delikatnym kurczakiem i kremem z batata. Skórka kurczaka była cudownie chrupiąca i gdyby nie to, że porcja była mała to naprawdę kurczak był wyśmienity, poza tym, że jego smak został przyćmiony przez rozmaryn, którego w jego połowie było bardzo dużo.
Czyli podsumowując ten pyszny i idealnie przygotowany kurczak byłby naprawdę świetny, gdyby nie mała porcja dodatkowo podzielona na pół ze względu na zabijający smak rozmaryn w jednej jego części. Co nie znaczy, że całość mnie zawiodła. Nie. Danie było przyjemne, ale następnym razem zamówię raczej podobną przystawkę niż danie główne.


Za to deser! O tak. Kubki smakowe były w niebie. Pudding ryżowy z kruszonką i orzechami, a do tego lody o smaku solonego karmelu! Ten deser naprawdę bardzo chętnie zjadłabym jeszcze niejeden raz!

Dodatkowo ogromny plus za lemoniadę – prawdziwa kwaśna, powiedziałabym wręcz, że… maksymalnie kwaśna, z dużą ilością cytryny – ale to jest właśnie taka lemoniada, jaką ja naprawdę uwielbiam.
Trochę mi było przykro, że kelner nie opowiadał o daniach tak, jak w poprzednim miejscu. Wyglądał na bardzo zmęczonego i mało optymistycznego, ale był kulturalny i obsługa była naprawdę bardzo płynna i na wysokim poziomie.
Podsumowując – kolacja bardzo smaczna, chętnie w przyszłości odwiedzę jeszcze raz to miejsce i Was również zachęcam.
SZKLARNIA
Na dzień przed zakończeniem Festiwalu, wybrałam restaurację znajdującą się w Soho Factory przy ulicy Mińskiej 25. Szefem kuchni jest tam Natalia Huzarewicz. Tym razem zarezerwowałam stolik dla siebie i Męża i wybrałam obie wersje menu – dla spróbowania, ponieważ obie były interesujące, a wiecie jak to jest – z Mężem zawsze można się powymieniać…
Na kilka godzin przed wyjściem do restauracji, zadzwoniliśmy z pytaniem, czy możemy przyprowadzić ze sobą dodatkową osobę, która zamawiać będzie po prostu dania z karty, a nie dania festiwalowe. Uzyskaliśmy informację, że możemy przyjść we troje i tak też zrobiliśmy.
Opis obu menu:
Menu 1
Przystawka
Pasztet z zająca na grzance z oliwą rozmarynową, korzenny mus wiśniowy z chilli
Danie główne
Pierś z kurczaka kukurydzianego z pomidorowym tagliatelle, sosem serowym i salsą z pomidorów malinowych
Deser
Beza z kremem waniliowym i truskawkami
Menu 2
Przystawka
Krem z brukwi z oliwą chili, mascarpone i chipsami jabłkowymi
Danie główne
Gnocchi z czosnkiem niedźwiedzim z pieczoną brukselką, orzechami i konfitowanym żółtkiem
Deser
Sernik nowojorski z polewą mango
W tym przypadku zacznę trochę od tyłu. Od dwóch deserów. Sernik nowojorski z polewą mango był absolutnie pyszny. Nie wiem, czy jest pieczony na miejscu, czy dostarczany przez cukiernika, ale naprawdę – smak perfekcyjny, a polewa mango idealna.

Jeśli chodzi o bezę – bardzo klasyczny deser i równie klasycznie można go popsuć. Nie był popsuty w tym przypadku, ale nie był również idealny, beza była odrobinę gumowa, ale naprawdę odrobinę. Biorąc pod uwagę odległość w jakiej w stosunku do Szklarni znajduje się restauracja, w której podają bezy wprost idealne, warto postarać się o perfekcyjne wykonanie deseru albo go po prostu nie podawać. A ponieważ chciałabym, żeby opinia była szczera, to szczerze przyznaję, że beza mimo dobrego smaku, idealna nie była.

Nasze dwie przystawki to krem z brukwi oraz pasztet z zająca. Pasztetu było bardzo mało, ale był smaczny, choć na co dzień nie jem takich wynalazków – smak był niezły, natomiast grzanka była bardzo tłusta. Krem dla mnie był za ostry, więc oddałam go mojemu M., ale smak był ciekawy i naprawdę dobry.


I w tym momencie niestety kończą się już pozytywne słowa na temat wieczoru spędzonego w Szklarni.
Przyznaję – jestem zawiedziona. Ponieważ często bywam na terenie Soho Factory w innej restauracji, jakiej – pewnie się domyślacie, ale jeszcze tu o niej wspomnę – przechodziłam wielokrotnie obok Szklarni i bardzo często zwracałam uwagę na ich czarujący, urokliwy ogródek i zachęcający neon wiszący nad wejściem. Restauracja została wyróżniona w Żółtym Przewodniku Gault&Millau2016, tym większe było moje zaskoczenie.
Pierwsza sprawa – przyjaciółka, która z nami poszła, chciała zamówić z karty lokalu pomidorowe tagliatelle z kurczakiem. Kelner przekazał informację, że ze względu na Restaurant Week makaron się skończył i może podać jej to danie, ale ze zwykłym spaghetti – zgodziła się.
Dopiero teraz rozmawiamy z M. na temat naszego dania w menu festiwalowym. U nas też miało być pomidorowe tagliatelle, a było pomidorowe ravioli i tego nikt nam nie powiedział – ani, że makaronu nie ma również dla osób biorących udział w festiwalu, ani o tym, czym zostanie on zastąpiony. Było to dosyć dziwne, ponieważ każda restauracja zna ilość rezerwacji, a nasza była zapisana na godzinę 19:30, więc ktoś po prostu nie sprawdził tego dnia, czy wystarczy makaronu do podania. Trudno.
Problem polegał na tym, że pomidorowe ravioli, które było w sumie całkiem niezłe, podano z kurczakiem i tu po prostu katastrofa – kurczak był niesamowicie wysuszony – nie tylko było to czuć, ale także widać. Dziwna była również różnica w wielkości dania głównego – ravioli z kurczakiem było porcją małą, a danie główne z drugiego menu – gnocchi z brukselką – porcją bardzo dużą. Gdybyśmy zamówili dwa zestawy tego samego menu, nikt by tej różnicy nie zauważył, ale dania zostały podane w tym samym momencie i ta różnica była znacząca i dla nas niezrozumiała. Zgłosiłam kelnerowi, że kurczak był suchy, na co usłyszałam, że zostanie to przekazane do kucharza, jednak żadnej odpowiedzi się nie doczekałam.


Powinnam oceniać menu festiwalowe, które poza kurczakiem było smaczne, ale nie wyjątkowe. Pozwolę sobie jednak opowiedzieć Wam, co przytrafiło się równolegle naszej koleżance, która ostatecznie zamówiła danie, które chciała, jednak na zwykłym spaghetti. W opisie dania nie było ani słowa o cebuli, której w daniu było bardzo, ale naprawdę bardzo dużo. Niestety K. nie lubi cebuli. Zjadła więc danie tak, jak mogła, oddzielając jej możliwie dużo i było wtedy widać, jak wiele jej było. Sprawdziła ponownie skład dania w karcie, faktycznie nie było słowa o cebuli, dlatego zgłosiła to kelnerowi i zapytała dlaczego nie podano prawidłowego składu dania. Kelner nie umiał sam udzielić odpowiedzi – poszedł zapytać kucharzy i… nie wrócił przez ponad 10 minut mimo, że lokal nie jest lokalem dużym i nie było w nim tłoczno.
Kiedy kelner wrócił powiedział, że cebula jest bazą do sosów (w takiej ilości i tak dużych kawałkach to raczej nieprawdziwe wytłumaczenie), powiedział jednak coś gorszego – że w karcie jest informacja o tym, że powinno się zgłaszać kelnerowi ewentualne alergie. Jak się zapewne domyślacie – sam nie znalazł tej informacji w karcie, którą przeglądał przy nas. Bez pytania przyniósł darmowy deser – ogromny kawał ciasta czekoladowego. Niestety sytuacja wyglądała trochę na zasadzie – daj pani darmowy deser i nie będzie miała pretensji. Trafiło jednak na osobę, która łatwo nie odpuszcza, a czytanie wszystkich informacji pisanych drobnym druczkiem to jej specjalność i zawodowe zboczenie.
Ostatecznie nie zapłaciła za danie, ale atmosfera nie była przyjemna.
Kelner zachowywał się bardzo nieprofesjonalnie, często kiedy odchodził od nas i przechodził do baru, opierał się o niego z telefonem i nie przejmował się tym, co dzieje się na sali. Zachowanie było tym bardziej zaskakujące, że kiedy już wiedział, że wydarzyło się coś, co pozostawić może nam kiepskie wspomnienia z pobytu, nie zrobił nic, aby chociaż trochę poprawić ogólne wrażenie.
Mam mieszane uczucia… Staram się nigdy niczego, ani nikogo nie skreślać po pierwszym negatywnym wrażeniu, ale nie wiem, kiedy zdecyduję się na ponowne odwiedziny w tym miejscu. A szkoda, ogródek był naprawdę zachęcający… Być może latem, kawa z sernikiem nowojorskim w tym ogródku będzie przyjemnym doświadczeniem, ale biorąc pod uwagę fakt, że obok znajduje się wspaniała restauracja Mateusza Gesslera – Warszawa Wschodnia, raczej wybiorę ten drugi ogródek.

Również wczoraj po kolacji w Szklarni szybko przeszliśmy zatrzeć negatywne emocje do lokalu obok, gdzie zjadłam absolutnie przepyszne szparagi po polsku i gdzie po prostu zawsze czuję się wspaniale.

Słowem – jeśli Soho Factory to zdecydowanie Warszawa Wschodnia Mateusza Gesslera.
Jeśli Szklarnia to latem, w ogrodzie. Dań z menu festiwalowego nie zauważyłam w codziennym menu lokalu, więc trudno mi powiedzieć, czy mieliśmy pecha, czy jakość jedzenia i obsługi za każdym razem jest na takim poziomie. Może kiedyś wybiorę się tam ponownie, aby zweryfikować te informacje.

CHIANTI
Na zakończenie Festiwalowych WŁOSKICH rozkoszy podniebienia, ostatni WŁOSKI akcent. Adres? Foksal 17. Szef kuchni – Marzena Gromelska. Restauratorzy – Agnieszka i Marcin Kręgliccy.
Byliśmy tam dzisiaj.
Kochani – to było NAJLEPSZE zakończenie Restaurant Week, jakie mogliśmy sobie wyobrazić.
Chianti – to jest PRAWDZIWIE włoska restauracja.
Tam WSZYSTKO się zgadza.
Cudowna włoska muzyka, urokliwy i przytulny wystrój, wspaniała obsługa. Żywe kwiaty, ściana z cegieł, drewno… to wszystko sprawia, że przenosimy się z Warszawy do Włoch. Na ścianie wisi obraz przedstawiający panoramę Florencji – mojego ukochanego miasta w Toskanii. Wygodna kanapa pozwala na siedzenie z Mężem blisko siebie… Sielanka.

Tym razem ponownie wybraliśmy obie wersje menu, w tym jednak wypadku różniły się one tylko daniem głównym.
Przystawka
Krem z zielonego groszku z jadalnymi bratkami
Deser
Karmelowa panna cotta na musie z czerwonej porzeczki
Danie główne 1
Domowe, wyrabiane na miejscu ravioli z salsiccią na pomidorowo – paprykowej salsie
Danie główne 2
Domowe, wyrabiane na miejscu gnocchi z fioletowych ziemniaków w sosie z czterech serów
Krem z zielonego groszku – wyobraźcie sobie, że smakował osobie, która naprawdę nie przepada za samym groszkiem. Mój M. za to może jeść groszek łyżkami – był zachwycony i… ja również! Smak delikatny, ale wyraźny, idealna temperatura, piękne podanie.


Ravioli i gnocchi w Chianti to dania, które sprawiają, że człowiekowi wydaje się, że kiedy wyjdzie z lokalu znajdzie się na ulicy toskańskiego miasteczka, a nie Warszawy. Smak tych dwóch dań (spróbowaliśmy po połowie) – obłędny. Paprykowa salsa pod ravioli przepyszna, sos z czterech serów pod gnocchi z fioletowych ziemniaków wyśmienity. I co ważne – wielkość porcji – to były dania, którymi można się najeść. Nie za mało, nie za dużo, ale DUŻO. W sam raz. Wracając do jedzenia oczami – one najchętniej zjadłyby jeszcze trzy dodatkowe porcje.



Ale największy problem z jedzeniem oczami był przy deserze. Panna cotta na musie z czerwonej porzeczki – chyba brakuje mi słownictwa, które mogłoby opisać, jakie to było pyszne. Idealne. Włoskie. Wspaniałe. Nie do podrobienia.

Pani Kelnerka była po prostu przemiła. W restauracji przebywali goście, a wśród nich mała dziewczynka, którą obsługa wspaniale i troskliwie się zajęła – to było naprawdę urocze!
To była jedyna restauracja, z której szczerze nie chciałam wychodzić. Chciałam tylko przytulić się do M. i tak zostać i kontemplować i przeżywać i słuchać tej cudownej włoskiej muzyki.

Być może pamiętacie, że mam problem z wrażliwością oczu na ostre światło – stąd również przebywanie w restauracji Chianti było dla mnie bardzo przyjemne, ponieważ światło jest tam bardzo ciepłe i przygaszone.
Cóż mogę powiedzieć o tej kolacji… Najchętniej wróciłabym tam jutro, pojutrze i codziennie, gdyby tylko było to możliwe… Z pewnością będę częstym gościem. Zachęcam Was bardzo, bardzo, bardzo, abyście przekonali się na własne oczy i języki, że to naprawdę Włochy w sercu Warszawy.
Pomyślałam, że zrobię taki swój prywatny ranking miejsc, w których byłam.
Przedstawia się następująco – przy czym pomiędzy pierwszym i drugim miejscem jest mniejsza różnica, niż pomiędzy dwoma kolejnymi. A o to i podium:
Restaurant Week dobiegł końca, ale wspomnienia, zarówno te smakowe, jak i te wzrokowe pozostaną w pamięci na dłużej.
Jeśli dotrwaliście do tego momentu chylę czoła, tekst wyszedł bardzo długi, ale nie chciałam go dzielić na części.
Każda z włoskich restauracji, w których byliśmy warta jest odwiedzenia – i mówię to zupełnie szczerze, nie tylko po to, aby napisać wyłącznie pozytywną opinię. Każde z tych miejsc jest inne. Każda z trzech włoskich restauracji ma swój własny, a wciąż włoski styl. Bardzo żałuję, że Festiwal nie odbywa się częściej. Już czekam na jego kolejną edycję!
