Terminal – tekst konkursowy AccorHotels

Terminal – tekst konkursowy AccorHotels

        Przenocował w pierwszym pensjonacie, który znalazł. Rano wrócił do Grandu, w pokoju spakował walizkę i zszedł na śniadanie. Na schodach potrącił go jakiś biegnący na oślep mężczyzna. Kiedy zwrócił mu uwagę, krzyknął coś po rosyjsku. Po śniadaniu anulował w recepcji wtorkowy lot powrotny do Sztokholmu. Nie chciał tutaj być aż do wtorku. Pojechał taksówką do Gdyni. Usiadł na ławce w terminalu i czekał na wieczorny prom do Karlskrony… Wszystko miało być inaczej. Zastanawiał się dlaczego takie rzeczy przytrafiają się właśnie jemu. Najpierw jego matka, później żona, ledwo rok temu pochował syna. To miał być prosty zabieg… Miał mu pozwolić na normalne życie, miał ułatwić funkcjonowanie. Badania kwalifikacyjne pół roku temu nie wykazały absolutnie żadnych odstępstw od normy. Wszystko było dobrze. A wczoraj? Wczoraj lekarz oświadczył mu, że żadnego zabiegu nie będzie, że na tęczówce pojawiły się zmiany, które sugerują, co rozwinęło się w tak krótkim czasie w jego organizmie. On te zmiany widział, zauważył je, ale skąd mógł wiedzieć? Dostał skierowanie do kolejnych specjalistów, w celu potwierdzenia wstępnej diagnozy. Chciał wrócić jak najszybciej do domu, choć nikt na niego nie czekał. Ani wczoraj pod gabinetem, ani w domu w Sztokholmie. Cały czas w głowie kłębiły się myśli o beznadziejności sytuacji. O tym, że żadne pieniądze, których przecież mu nie brakuje, nie będą w stanie mu pomóc. O tym, że może być za późno.
– Czeka pan na prom? – usłyszał nagle przed sobą. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że wpatrywał się w przypadkowy punkt, którego tak naprawdę nie widział, a była nim torba kobiety stojącej kilka metrów przed nim. – Halo, przepraszam, płynie pan do… – przerwała, kiedy oprzytomniał i spojrzał jej w oczy – ach to pan! – Nie poznawał jej. Niska brunetka o niebieskich oczach wpatrywała się w niego z nieukrywanym uśmiechem. – Bardzo mi przykro, że wczoraj nie udało się wykonać zabiegu, ale proszę się nie martwić! Na pewno trafi pan na dobrych specjalistów i zaopiekują się panem. Czy pan się dobrze czuje??
Powoli docierało do niego kim jest dziewczyna stojąca naprzeciwko. To chyba ta, która wczoraj wykonywała mu powtórnie kilka badań przed wizytą u lekarza.
– Tak, dobrze się czuję. Co pani tu robi?
– Przyszłam odwiedzić tatę, pracuje na promie. Wie pan, że ma pan jeszcze bardzo dużo czasu? Prom do Karlskrony odpływa za dokładnie siedem godzin. Bo na ten pan czeka prawda? Pamiętam, że przyjechał pan ze Sztokholmu. Myślałam, że ma pan samolot we wtorek.
– Nie chcę tu być. Sama pani rozumie. – odwrócił głowę w stronę okien i ponownie wbił wzrok w martwy punkt.
– Z powodu wyniku badania? – Odpowiedziała i bez pytania usiadła koło niego. – Jadę do Gdańska, może zabiorę pana na obiad?
– Dziękuję, ale – wstał energicznie i ruszył ku drzwiom łazienki – dopiero niedawno zjadłem śniadanie. Poczekam tutaj na prom, a pani spokojnie wróci do domu, bez dodatkowych przystanków. – Kończąc zdanie zniknął w pomieszczeniu, zamknął drzwi i zasunął zamek.
Nie bardzo rozumiał dlaczego nie był dla niej milszy. Nie chciał być opryskliwy, ale nie miał ochoty na dalsze dyskusje. Dziewczyna okazała mu wiele troski i zaangażowania podczas wizyty poprzedniego dnia i badań przed zabiegiem. Zawdzięczał jej nawet to, że zniknęły jego wszelkie obawy, dotyczące laserowego usuwania wady wzroku. Dzięki niej przestało się mu robić słabo na samą myśl o całej procedurze. Była cierpliwa i bardzo dokładna. Starała się wytłumaczyć mu wszystko, krok po kroku. Dlaczego musiał ją spotkać akurat teraz, w tym stanie? Jest w końcu mężczyzną i powinien być silny. Połowa jego rodziny zmarła z powodu nowotworów, to dla niego żadna nowość. A jednak. Tym razem diagnoza dotyczy jego samego. Wpatrywał się w swoje odbicie w lustrze i miał wrażenie jakby jednocześnie był w zupełnie innym miejscu. Zeszłej nocy prawie nie spał, miał podkrążone oczy. Odkręcił zimną wodę i cztery razy solidnie spłukał nią twarz. Odczekał jeszcze chwilę, chciał mieć pewność, że trwało to wystarczająco długo, żeby zainteresowana jego przypadkiem dziewczyna straciła ochotę na rozmowę. Otworzył drzwi i od razu wiedział, że nic takiego się nie wydarzyło. Siedziała tam, gdzie ją zostawił i ponownie wpatrywała się mu prosto w oczy.
– Widzę, że nie odpuszcza pani łatwo. Przepraszam, nie jestem w nastroju do rozmowy. – Powiedział, kierując się w stronę schodów.
Dziewczyna zerwała się z niebieskiego plastikowego krzesełka i szybkim krokiem podążyła za nim kontynuując rozmowę.
– Panie Adrianie, dobrze pamiętam? Proszę mnie wysłuchać! Wczoraj naprawdę nie wiedziałam, że wyszedł pan od nas w takim stanie, miałam kolejną pacjentkę… – schodziła koło niego po schodach, ramię w ramię, nie odstępując go na krok.
– Pani jest taka uparta. Czy mogę nie chcieć o tym rozmawiać? – zatrzymał się niespodziewanie na schodach. Ona też się zatrzymała i znowu patrzyła mu prosto w oczy, choć musiała mocno zadzierać głowę, bo był od niej znacznie wyższy.
– Oczywiście, że może pan nie chcieć. – Spuściła wzrok i wyjęła telefon z torebki przewieszonej przez ramię. – W takim razie jadę do domu i życzę panu spokojnej podróży. Do widzenia. – Nie podnosząc już wzroku, zeszła szybkim krokiem ze schodów, zostawiając go samego w połowie piętra. Stał nieco zaskoczony, miał wręcz wrażenie, że jego pewność, że ona nie odpuści, była tak duża, że w ogóle nie brał tego pod uwagę. Chwilę stał na schodach, po czym zaczął zbiegać za nią.
– Proszę na mnie poczekać! – krzyknął, kiedy zobaczył końcówkę jej granatowej sukienki, znikającą w drzwiach. – Proszę poczekać!
– Wyskoczył energicznie przez drzwi i wpadł prosto na nią, ponieważ zatrzymała się dokładnie za rogiem, przy ścianie budynku. Znowu się uśmiechała, a delikatny wiatr rozwiewał jej włosy, co widocznie ją denerwowało, bo nerwowym ruchem odgarniała je z twarzy.
– Ale nie mam ochoty na obiad, może zabiorę panią na kawę?
– Może mnie pan zaprosić, a ja pana zabiorę, skoro jest pan ze Sztokholmu, to może tak będzie wygodniej?
– Oczywiście to dam się zabrać, ale ja zapraszam. – uśmiechnął się po raz pierwszy od wczorajszego przedpołudnia. Ostatni raz uśmiechał się również podczas rozmowy z nią, ale zanim jeszcze dowiedział się o wszystkim od lekarza. Nie widział jej po tej koszmarnej rozmowie z nim. Być może już wczoraj byłaby w stanie go uspokoić. Przyznawał w myślach, że miała do tego dar. Rozmowa z nią poprzedniego dnia, mimo że odbywała się w trakcie wykonywania badań, była kompletnie inna niż wszystkie rozmowy, jakie kiedykolwiek odbył u jakiegokolwiek lekarza.

Udali się razem do jej zaparkowanego przy terminalu samochodu i pojechali w stronę centrum Gdyni. Po drodze rozmawiali ze sobą jak najlepsi znajomi. Opowiadała mu o tym, że rzadko jeździ samochodem, że to właściwie bardziej samochód męża, że poznała męża trzy lata temu, właśnie w Gdańsku, w hotelu Mercure, niedaleko gdańskiej starówki, bo wybierali się razem na koncert. Ona wtedy przyjechała z Wrocławia i on ją z tego właśnie hotelu odbierał. Mówiła również o tym, że początkowo nie lubiła Trójmiasta, ale zdążyła w międzyczasie pracować przez rok w Warszawie i teraz już wie, że Trójmiasto jest cudowne, a to Warszawa nie nadaje się do codziennego życia. W każdym razie nie jej życia.
– To dziwne, jest pani energiczną osobą, wydawać by się mogło, że bardzo pasuje pani charakterem do tej szalonej Warszawy, w której wszyscy biegną za pieniądzem i karierą. – Nie potrafił przestać się jej przyglądać. Miała w sobie niesamowicie dużo optymizmu, była taka uśmiechnięta, jakby w życiu nie miała absolutnie żadnego problemu, zupełnie nie jak on, z tą swoją tęczówką, z podejrzeniem czerniaka. Jak on niby ma się uśmiechać, kiedy usłyszał coś takiego.
– To fakt, staram się robić w życiu tyle, ile mogę i lubię się z niego cieszyć. Mam zawód, który absolutnie kocham i jestem szczęściarą, bo należę do tej grupy osób, które robią w życiu to, co lubią. Choć wymaga to naprawdę wielu poświęceń. Takim poświęceniem między innymi był mój wyjazd do Warszawy. Myślałam, że jadę spełniać marzenia, a tymczasem okazało się, że nie każde spełnienie marzeń naprawdę nim jest. Ale to temat na dłuższą rozmowę. Wróciłam do Trójmiasta i jest mi dobrze tak, jak jest. Przy mężu. Dlatego Warszawa do mnie nie pasuje, bo kariera nie jest dla mnie najważniejsza. Liczy się rodzina, a poza tym… – spojrzała na niego na krótką chwilę, kiedy stanęli na czerwonym świetle – liczą się pacjenci. Przez wyjazd do Warszawy musiałam w znacznej mierze zrezygnować z gabinetu, a to gabinet jest miejscem, w którym czuję się najlepiej.
– Ale nie jest pani lekarzem?
– Nie. Jestem optometrystą. Był jeden pacjent, który po wyjściu ode mnie powiedział córce, że był u ornitologa. Może być. Mogę być kimkolwiek, byleby tylko pacjent otrzymał odpowiednią pomoc. Taką, jakiej jestem mu w stanie udzielić. Dlatego chciałam z panem porozmawiać! Bo widziałam ostateczny wynik badania, domyślam się, że może się pan czuć źle, chociaż zapewne nie potrafię sobie tego dokładnie wyobrazić, ale mi też na pewno zrobiłoby się słabo i na pewno byłabym przerażona. – Kończyła zdanie, parkując na jednym z krawężników przy ulicy Świętojańskiej w Gdyni. – Nie będę pana wywozić do Gdańska, bo będzie pan miał potem kawał drogi do terminala. Wiem, że nie chciał pan jeść obiadu, ale tutaj – powiedziała, wskazując na szyld z nazwą miejsca – w Pasta Miasta i tak zawsze trzeba trochę poczekać. Mąż pokazał mi to miejsce, bo ja to jestem fanką wszystkiego, co ma choć odrobinę włoskiego charakteru. Mam nadzieję, że lubi pan makaron? Kawę też pan tu dostanie!
– Czuję się namówiony, z przyjemnością zjem z panią obiad.
Jej entuzjazm był tak zarażający, że chętnie spędziłby z nią resztę dnia.
Usiedli w małej restauracji, w której stoliki ustawione były tak, żeby na jak najmniejszej powierzchni zmieściło się jak najwięcej osób. Udało im się zająć miejsce przy drewnianym stoliku przy oknie. Wpatrywał się w nią nieustannie. Czuł, że prawdopodobnie wygląda przynajmniej dziwnie, ale nie mógł przestać. Podobne uczucia miał podczas badań wzroku, które wykonywała dzień wcześniej. Z jednej strony słuchał jej monologu, o tym, że tutaj zamówienia składa się przy kasie, o tym, że oni w tej restauracji sami robią makarony, o tym, że ten z cukinią jest absolutnie najsmaczniejszy, ale poleca również na ostro. Z drugiej strony jednak analizował każdy jej ruch, zastanawiał się, jak szczęśliwym człowiekiem musi być na co dzień i żałował, że każdy człowiek, z którym ma w życiu do czynienia, nie ma w sobie tyle tak dobrej, absolutnie uzależniającej energii. Nagle przerwała. Zrobiło się cicho… pomiędzy nimi, ponieważ na sali nadal było gwarno.
– Jak zwykle za dużo mówię. – powiedziała po chwili – Ja bardzo dużo mówię. Staram się z tym walczyć, ale…
– Ale nie ma potrzeby, przyjemnie się tego słucha. – wszedł jej w słowo odzywając się po raz pierwszy od dłuższego czasu. – Pójdę złożyć zamówienie. Rozumiem, że mogę polegać na pani rekomendacjach i nie muszę przeglądać całego menu? – uśmiechnął się serdecznie i zabrał ze stołu karty. Kiedy podszedł do kasy, usłyszał, że czas oczekiwania wynosi około czterdziestu minut. Nie ma problemu. Byłoby w sumie wspaniale, gdyby wynosił trzy razy tyle. To jeszcze dwie lemoniady na początek. Kawa już mu dzisiaj nie jest do niczego potrzebna. Spora dawka kofeiny usiadła z nim przy stoliku. Wrócił na swoje miejsce pod oknem.
– Od kiedy wiedziała pani, co chce robić w życiu? Jeśli można spytać oczywiście.
– Od dłuższego czasu. Na pewno jeszcze długo przed liceum wiedziałam, że chcę studiować optykę i wszystko, co z nią związane, ale jednocześnie ciągnęło mnie do psychologii… – Odpowiedziała i oparła łokcie na stole, odgarniając jednocześnie włosy z czoła.
– Myślę, że mogłaby pani być niezłą terapeutką.
– No właśnie, to może powie mi pan, jak się pan czuje. – Na stole w tym czasie kelner postawił dwie lemoniady. – Myślałam, że chce się pan napić kawy?
– Czuję się na tyle dobrze, że pomimo nieprzespanej nocy, kawa nie jest mi potrzebna. Choć pewnie to, co widziała pani, kiedy spotkaliśmy się na terminalu nie przypominało wyspanego człowieka. Wystarczyła mi… – spojrzał na zegarek – niecała godzina w pani towarzystwie i prawie zapomniałem dlaczego tak się czułem. Chociaż trudno jest zapomnieć o wyroku.
– Panie Adrianie to nie jest żaden wyrok, to są na razie pewne domysły, pewne sugestie. Pan się musi jak najszybciej zbadać i dowiedzieć, czy to jest groźna zmiana, czy może po prostu taka pana uroda. Na pewno nie miał pan tego wcześniej?
– Nie wiem, być może miałem. Ale wcześniej, zanim pojawiłem się u państwa po raz pierwszy, w ogóle nie zwracałem uwagi na oczy. Widziałem. W okularach co prawda, ale widziałem. Raz na kilka lat szedłem do optyka wymienić oprawy okularowe i to wszystko. Nikt mi nigdy nie powiedział o oczach tyle, ile pani powiedziała mi wczoraj. Nie miałem pojęcia, że to jest takie ważne… Często pani miewa takich pacjentów – ignorantów, jak ja? – uśmiech zszedł mu z twarzy, popił lemoniady i wbił wzrok w blat drewnianego stolika.
– Często. Naprawdę. Przykro mi to mówić, ale pod tym względem nie jest pan akurat wyjątkowy. – On podniósł głowę i ponownie zaczął się jej przyglądać. Miała w głosie coś… nieopisanego. Nie był to smutek, ani żal. Był to jakiś rodzaj obawy połączony z troską. Żadnych negatywnych emocji, jedynie niepokój. – Pacjenci, którzy do mnie trafiają, właśnie najczęściej ci, którzy przychodzą tylko po nowe okulary, kompletnie nie mają pojęcia o tym, że z oczami może dziać się coś więcej. Tłumaczenie im, że są choroby, które nie dają objawów dopóki nie są trudne do wyleczenia, czasem nie przynosi żadnych efektów. Nic ich nie boli, więc nie ma problemu. Wie pan co ja wtedy robię? Proszę, żeby zamknęli oczy. Czasem dodatkowo gaszę światło w gabinecie. Pytam, co widzą. Odpowiadają, że ciemność. I potem albo proszę, aby w tej ciemności otworzyli oczy, albo pytam ponownie, co by zrobili, gdyby się okazało, że już nigdy tych oczu nie otworzą. Że nie zobaczą nikogo ze swojej rodziny, swojego dziecka, psa, domu, żony… – przerwała. Spostrzegła, że on znowu zaczynał wyglądać tak, jak jeszcze niedawno, na terminalu – Przepraszam. Ale pan jeszcze nie wie, co będzie dalej. Nie można myśleć negatywnie!
– To nie o to chodzi. Pomyślałem zupełnie w innym kierunku… Pomyślałem, że ja nawet ze zdrowymi oczami nie mam na kogo patrzeć. Mojej matki już nie ma, żony i syna również. Wracam do Sztokholmu, ale nic ani nikt tam na mnie nie czeka. Może wcale nie jest mi potrzebny wzrok?
– Ależ co pan opowiada! Bardzo mi jest przykro z powodu pana rodziny. Bardzo. Gdybym wiedziała, nie opowiadałabym panu tego, ale zapytał pan o pacjentów. Jestem przekonana, że jeszcze wszystko się poukłada w pana życiu! Dlaczego nie mieszka pan w Polsce? – Nieco nieśmiało, delikatnie chwyciła go za przedramię, żeby sprowokować jego spojrzenie, żeby zobaczyć jego oczy. Widziała tę plamkę na tęczówce, której tak się teraz bał.
– Żona chciała wyjechać, oczywiście za pieniędzmi. Matka została tutaj, jej stan się pogorszył z dnia na dzień, nawet nie zdążyłem wrócić. Nie zdążyłem… Potem tam, za granicą, najpierw żona, potem niespodziewanie syn… To wszystko brzmi jak z najgorszego filmowego scenariusza, ale to kilka ostatnich lat mojego życia. I wczoraj ten lekarz powiedział, co powiedział… Nie chciałem tu dłużej być. Byłem nieprzytomny, spałem w jakimś pierwszym lepszym pensjonacie, bo nie do końca umiałem się w tym wszystkim odnaleźć. Dzisiaj rano wróciłem do hotelu i odwołałem lot, a potem spotkaliśmy się na terminalu… Nie wiem co mam teraz robić…
– Przede wszystkim proszę się nie załamywać. Może powinien pan wrócić do kraju? Może będzie panu lepiej? Zostawi pan tam jakąś część wspomnień, zaopiekujemy się pana oczami. Wszystko się ułoży.

– Szanowni państwo! Takie macie szczęście! Inna para zrezygnowała z powodu wydłużonego czasu oczekiwania i akurat zamówili dokładnie to samo, co wy! – aż podskoczyli, kiedy usłyszeli nad sobą donośny i energiczny głos kelnera. Podał im talerze, podziękowali, ale nie zabrali się za jedzenie.

– Przyznam szczerze, że brzmi to chyba znacznie lepiej niż powrót do Sztokholmu. Nic mnie tam nie trzyma. Spróbuję skonsultować swój przypadek tam, znajdę mieszkanie w Polsce i może ma pani rację, może wrócę i zawalczę o swój wzrok… – powoli zaczął przesuwać widelec z makaronem po talerzu, jednak nie kierował jedzenia do ust.
– Dam panu wizytówkę, będziemy walczyć o ten wzrok razem. Nawet pan nie wie ilu moich pacjentów regularnie do mnie dzwoni i opowiada o wynikach badań. Uwielbiam to w swojej pracy. Proszę pamiętać, że to uwielbiam i proszę sobie nie żałować, kiedy tylko będzie pan potrzebował pomocy.
– Skąd się pani wzięła? – popatrzył jej w oczy i znowu uśmiechnął się, jak wtedy, kiedy dogonił ją pod terminalem. – Gdybyśmy tylko mieli na świecie więcej takich zaangażowanych lekarzy…
– Nie jestem lekarzem. Jestem optometrystą. I mamy. Proszę mi uwierzyć, że mamy. Być może wciąż za mało, a może to system powoduje, że człowiek w pewnym momencie nie odczuwa już tej pasji, którą czuł na początku. Sama nie wiem, może za 15 lat będę miała dość i będę chciała odejść. Na razie jednak chciałabym panu pomóc. Smacznego. – rozpromieniła się ponownie i puściła jego rękę. Zaczęli jeść obiad, rozmawiając przy tym o życiu w Szwecji, o swoich innych pasjach, a nawet o pogodzie i o jakości pokoi na promie do Karlskrony. Przesiedzieli w restauracji kolejne dwie godziny, popijając jedną lemoniadę za drugą i nie zwracając uwagi na upływający czas. Kiedy wyszli, zaproponowała mu krótki spacer bulwarem nadmorskim w Gdyni, opowiadała historię swojej przeprowadzki do Trójmiasta, a on przyznał się, że kiedy był młody myślał poważnie o pielęgniarstwie, na które ostatecznie się nie zdecydował ze względu na paniczny strach przed wszelkiego rodzaju igłami. Odwiozła go na terminal dwie godziny przed odpłynięciem jego promu. Wyciągnęła z torebki swoją wizytówkę i poprosiła, aby zadzwonił od razu, jak tylko dowie się czegokolwiek na temat zmiany na tęczówce, która tak zbiła go z nóg dzień wcześniej. Był jej wdzięczny. Wszystko to, co przeżył przez ostatnich kilka godzin było złożone z tak skrajnych emocji, że trudno je było do końca poukładać w głowie. Wiedział jednak, że musi podejść do problemu ze spokojem. Wiedział również, że od tej pory na pewno, cokolwiek się nie wydarzy i bez względu na najbliższą diagnozę, będzie regularnie badał wzrok i będzie do tego namawiał każdego, kogo spotka na swojej drodze. Zostawiła go na terminalu i wróciła do domu.

Zadzwonił trzy tygodnie później. Wraca do Polski. Zmiana na tęczówce okazała się być niegroźną zmianą barwnikową, pozostawioną do obserwacji.

_______
Tekst bierze udział w konkursie AccorHotels
Hotel Mercure Wrocław

Optometrysta wśród blogerów – relacja z SeeBloggers 2017

Optometrysta wśród blogerów – relacja z SeeBloggers 2017

Właśnie mija tydzień od rozpoczęcia Festiwalu See Bloggers, który odbywa się w Gdyni już od 5 lat…

Jak to jest, kiedy optometrysta trafia na imprezę dla blogerów?

IMG_20170722_100232_534
Rok temu nie potrafiłam się na niej tak do końca odnaleźć. W tym roku było zupełnie inaczej.

W branży optycznej i w okulistyce szalenie dużo mamy konferencji, sympozjów i szkoleń. Od 6 lat staram się uczestniczyć możliwie we wszystkich tych ogólnopolskich wydarzeniach. Tak naprawdę jednak, uczestnicząc w nich, człowiek nie jest w stanie ani na moment się zrelaksować, ze względu oczywiście na ich specjalistyczną tematykę.

Kiedy rok temu trafiłam na SeeBloggers, atmosfera festiwalu była dla mnie tak „egzotyczna”, że kompletnie nie wiedziałam jak sobie z nią poradzić.
W tym roku było ZUPEŁNIE inaczej.
W tym roku nie mogłam się doczekać, w tym roku było mi przykro, że to już koniec.

Organizatorami SeeBloggers są Ania i Jakub Zając, prowadzący bloga Fashionable.com
Dwoje ludzi, których pozytywną energię uwielbiam i podziwiam za to, że udźwignęli organizację tak dużej imprezy.
Do Gdyni specjalnie z tej okazji przyjechało ponad 1000 osób! Wyobrażacie to sobie?

IMG_20170723_130527_845

Ten festiwal ma fantastyczną zaletę – można go spędzić na kilka różnych sposobów.
Odbywa się w Pomorskim Parku Naukowo Technologicznym, a więc organizatorzy mają pełne pole do popisu, jeśli chodzi o wykorzystanie dostępnej w nim przestrzeni… Dzięki temu, w tym roku można było na przykład poleżeć ze znajomymi na leżakach w słońcu, posiedzieć w wygodnych ogrodowych fotelach przegryzając owoce, gotować z najlepszymi w strefie cooking, spędzać czas na stoiskach sponsorów i wystawców, brać udział w wielu naprawdę wartościowych i ciekawych warsztatach oraz oczywiście wysłuchiwać prelekcji na salach bocznych i sali głównej.
Niejeden organizator konferencji powinien uczyć się od organizatorów SeeBlogers –

Kochani! Chylę czoła, wspaniała robota!
Ale co ten optometrysta tam wśród tych blogerów?

IMG_20170619_094909_558
Jest mnóstwo osób, które wykorzystując okazję, śmieją się pod nosem „bo ty teraz jesteś blogerką…”.
Zaskoczę Was, wśród blogerów całe mnóstwo jest wykształconych specjalistów, którzy prowadzą blogi z miłości do swojego zawodu. Farmaceuci, dietetycy, informatycy, doktoranci uniwersyteccy, specjaliści od marketingu, literaturoznawcy itd. Poważnie.
Wartościowych blogów jest w Polsce naprawdę TAK WIELE, że aż miło!

Podczas tegorocznego SeeBloggers wzięłam udział w trzech warsztatach, w tym dwóch organizowanych przez marki wspierające wydarzenie.

Po pierwsze, sobotni poranek spędziłam w małej grupie osób, wpatrzona w autora kultowej powieści „Samotność w sieci”. Poznałam Janusza Leona Wiśniewskiego. Warsztat organizowany był przez sieć Accor Hotels i miał dotyczyć wskazówek „Jak pisać wartościowe teksty”.
Jak jednak przystało na pisarza, zabrakło mu kolejnych 90 minut na opowiedzenie wszystkiego, o czym chciałby powiedzieć. Wątki poboczne wygrały. Nie wiem jak inny uczestnicy warsztatów, ale zupełnie nie miałam z tym problemu. Wręcz przeciwnie, uwielbiam słuchać ludzi, którzy mają dar do opowiadania. Mój ulubiony fragment tych opowieści dotyczył wykształcenia Pana Wiśniewskiego. Okazuje się bowiem, że on również jest fizykiem, głowa pełna nauk ścisłych. Fantastycznie!
I powiedział coś pięknego:
– Nam, umysłom ścisłym, pisze się znacznie łatwiej niż takim polonistom. Bo ten polonista to się zastanawia nad poprawnością językową i słownictwem, a my nie wiemy, jak to powinno być poprawnie i po prostu piszemy.
Jakże moje serce się radowało po tych słowach!
Janusz Leon Wiśniewski też jest fizykiem!
Po zakończonych, a właściwie przerwanych brutalnie warsztatach (bo prowadzący to chciał tylko krótką przerwę zrobić po 90 minutach) udało mi się z Panem J.L.Wiśniewskim zamienić dwa słowa o tej fizyce i o pisaniu. Accor Hotels przekazało nam też torby, w których była między innymi (to najważniejsze) książka Grand, w której w tej chwili oczywiście widnieje autograf jej autora.
Nie wiem co mówią inni uczestnicy tego warsztatu, ale ja jestem absolutnie zakochana platonicznie w Panu Januszu i mogłabym tam siedzieć i wysłuchiwać jego opowieści przez cały dzień.

IMG_20170722_125524_588

IMG_20170722_121545_484

 

Drugi warsztat organizowany przez markę Pharmaceris „O dzieleniu włosa na czworo” kompletnie mnie nie ujął. Wręcz, szczerze mówiąc, odrobinę znużył. Konkurs przeprowadzony w trakcie warsztatu był chaotyczny i pani prowadząca nie mogła sobie z nim poradzić. Niespodzianką jednak było to, że w warsztacie wzięło udział około 100 osób i wszystkie te osoby wrzuciły do misy zgłoszenia na indywidualne badanie trychologiczne skóry głowy, które odbywało się na stoisku Pharmaceris. Na tych około 100 osób było 16 miejsc i co? I wylosowano między innymi mnie.
Ucieszyłam się, bo te moje włosy nigdy nie były zachwycające, a specjalnie na badanie skóry głowy pewnie nigdy bym się nie umówiła. Wbrew temu co myślałam, okazało się, że z moją głową wszystko dobrze – szkoda, że to urządzenie nie mierzy ilości szarych komórek, bo chętnie bym się dowiedziała, czy to tylko skóra w dobrym stanie, czy tam głębiej też jeszcze nie jest tak najgorzej.
Mam tylko takie małe zboczenie zawodowe na punkcie dezynfekcji wszystkiego, co dotyka potencjalnych „pacjentów”, więc owszem, płyn do dezynfekcji na stoisku był, ale psikanie nim po głowie wszystkich delikwentów jakoś nie bardzo mnie przekonywało. Starałabym się raczej czyścić nim również tę głowicę, która miała wbudowaną kamerę, ale może nie będę się tak bardzo czepiać.

Trzecim warsztatem był warsztat z fotografii mobilnej z Natalią Sławek z bloga Jest Rudo.
Minimalny zawód, że nie były to zajęcia praktyczne, na których moglibyśmy faktycznie porobić zdjęcia produktowe pod bacznym okiem Natalii… Ale wykład był bardzo przyjemny.
W każdym razie trudno jest przedstawić taką obszerną tematykę w zaledwie 30 minut, a Natalia świetnie sobie poradziła. W ogóle Natalia jest dla mnie uosobieniem takiej słodyczy, skromności, wielkiego serca… To jest taki typ człowieka, o którym ze spokojnym sumieniem powiedziałabym „muchy by nie skrzywdziła”. Poza tym, że jest śliczna, jest niezwykle pogodna i prowadzi przepięknego bloga, którego warto obserwować, jeśli staramy się robić zdjęcia, ale nie do końca nam to wychodzi.
Jest Rudo to naprawdę baza wartościowej fotograficznej wiedzy (i nie tylko).

W ciągu dnia przeprowadziłam też bardzo sympatyczną rozmowę z przedstawicielką marki Oillan. A ponieważ kosmetyki tej marki są jednymi z moich naprawdę ulubionych kosmetyków i wyglądało na to, że znalazłyśmy nić porozumienia, być może kiedyś będę mogła Wam powiedzieć więcej na temat tej rozmowy. Jak sytuacja się potoczy, zobaczymy.

Nadeszła pora na… uczestników festiwalu.

Najlepsze, co mi się mogło przytrafić w blogowaniu to poznanie tych wszystkich fantastycznych ludzi, a zwłaszcza…

Anki Szatan. Tak, Ona naprawdę ma tak na nazwisko i wiecie co. Charakter chyba się jej dopasował. Nie miał po prostu wyjścia. Dziewczyna wulkan, a jednocześnie bardzo wrażliwe stworzenie. Kiedy wpadła zdyszana na warsztaty Wiśniewskiego, myślałam, że wyzionie ducha. Ale kiedy człowiek ze zmywarką wydzwaniał do niej przez połowę wykładu pomyślałam z kolei, że jej życie jest takie jak ona. Szalone. Kiedy zaczyna z Wami rozmawiać i wymieniać wszystkie nazwiska, autorów i tytuły można wpaść pod ziemię ze wstydu, a jednocześnie chylić czoła, że ma taką wiedzę. KIEDY ONA TO WSZYSTKO PRZECZYTAŁA I OBEJRZAŁA? Czy moja doba jest krótsza od Jej doby o 65 godzin?
Piekielna Strona Popkultury – to blog Anki. Jeśli kochacie czytać książki, oglądać seriale i chodzić do kina – strona obowiązkowa. Na przykład Ania była już 5 razy na Baby Driver i co? Przebijecie to? Bo ja to mogę tylko przybić gwoździa, głową w ścianę.
Szatanku mój kochany – dziękuję, że jesteś i cieszę się, że Cię poznałam (dla niepoinformowanych – nie teraz, już rok temu).

Nie wiem, czy kiedyś Wam o tym mówiłam, ale od dłuższego czasu wszyscy nowi znajomi, chwilę po poznaniu się ze mną, mówią „Ale ty jesteś podobna do Kasi Pakosińskiej!”. Tak bardzo często mi to wmawiają, że powoli zaczynam w to wierzyć, chociaż Kasia jest taką piękną kobietą, że aż mi głupio próbować porównywać się właśnie do niej. Ale ponieważ ją uwielbiam to każde takie porównanie sprawia mi ogromną przyjemność.
Więc uśmiechnęłam się bardzo szeroko, kiedy Kasia Ogórek powiedziała dokładnie to samo.
Kasia Ogórek to jest taka osoba, która potrafi zrobić wszystko z absolutnie niczego. Zamienia beton w kwiatki i drewno w bawełnę. Prowadzi bloga Twoje DIY i niewykluczone, że kojarzycie ją z programów telewizyjnych. Kasia być może nawet nie pamięta, ale w zeszłym roku, kiedy taka zagubiona trafiłam na imprezę wieczorną i udało mi się zamienić z Nią kilka słów, pięknie mnie zmotywowała do pracy i powiedziała, że absolutnie w blogowaniu nie można się nigdy poddawać. A wierzę Jej w tej kwestii bezgranicznie, bo ma znacznie większe doświadczenie od niejednego blogera.

Selfie „Kasi Pakosińskiej”, Szatana i Kasi Ogórek :)

IMG_20170722_121315_122

Najbardziej to cieszę się, że udało mi się w tym całym zamieszaniu porozmawiać chociaż chwilę z Jackiem. Jacek Em. – Dizajnuch. Tego człowieka po prostu nie da się nie lubić, a blogerzy lgną do niego jak owocówki do owocków. Ma fantastyczne poczucie humoru, a kim jest z zawodu? Myślę, że możecie się domyślić z nazwy bloga. Zobaczycie, że o jego blogu będzie jeszcze kiedyś naprawdę bardzo głośno.

Jeśli jeszcze nie wiecie, kto ma najszczerszy i najbardziej radosny uśmiech w blogosferze to ja Wam powiem – Karolina Urbaniak. Realizuj.eu to miejsce pełne pozytywnych wibracji, optymizmu i motywacji. Karolinę poznałam podczas ubiegłorocznej edycji festiwalu i to dzięki Niej nie zginęłam podczas wieczornej imprezy. No i studiuje w moim ukochanym Wrocławiu. Tak bardzo Jej tego zazdroszczę!

Niesamowicie miło mi było, kiedy się okazało, że po uczestnictwie w warsztatach kulinarnych w zeszłym roku pamięta mnie fantastyczny kucharz – Joseph Seeletso. Porozmawialiśmy sobie dłuższą chwilę „o życiu” i gotowaniu :)  – bardzo spodobał mu się pomysł na projekt #oczyjedzą. Kto wie? Może kiedyś uda mi się go namówić na wspólne gotowanie!

Udało mi się również, w kolejce po lody, zamienić słówko z Natalią Knopek z Simplife.pl – musicie zobaczyć Jej zdjęcia na Instagramie!
Niesamowicie się cieszę, że miałam okazję poznać Natalię na żywo i bardzo serdecznie polecam Wam tego bloga – jeśli to w ogóle możliwe, że jeszcze go nie znacie.

Nie wymieniłam tu jeszcze wielu osób, takich jak Magda Far – Produktywna.pl, Julita Olszowska – Blondeworld.pl, czy Justyna Marek – Pinkglasses.pl (jak ktoś ma w nazwie okulary to wiadomo, że już z założenia będzie moim ulubieńcem), bo nie jestem w stanie napisać o wszystkich, ale każda z tych osób jest wyjątkowa, każda tworzy coś ciekawego i każda ma pomysł na siebie. Mam nadzieję, że w przyszłym roku jakimś cudem znajdziemy więcej czasu na dłuższe rozmowy.

Organizatorzy SeeBloggers przygotowali dla uczestników aplikację, w której była agenda i wiele naprawdę przydatnych funkcji. Na początku był też tak zwany „wall” i to dzięki niemu poznałam większą ilość osób.
Biorąc pod uwagę ilość prelekcji, wykładów i aktywności oraz ponad 1000 uczestników po prostu nie sposób było spotkać się z każdym, z którym planowałam. I tak na przykład bardzo żałuję, że nie udało mi się na żywo porozmawiać z :

Olą Rybacką – Hack Your Life – ale Ola dołączy do nas w projekcie #oczyjedzą, więc na pewno będzie jeszcze nie jedna okazja do spotkania, a poza tym na pewno opowiemy Wam wspólnie historię jej oczu, bądźcie czujni!

Justyną Jakubik – Zdrowonajedzeni – mieszka w Warszawie, a ja cierpię na chroniczny brak czasu, ale mam ogromną nadzieję, że po pierwsze uda nam się wyskoczyć na zdrowy koktajl, a po drugie Justynka również dołącza do akcji #oczyjedzą z czego niesamowicie się cieszę!

Kasią Włusek – Mamy sprawy – poznałam Ją w zeszłym roku i niezmiennie podziwiam. Prowadzi bloga parentingowego, więc oprócz tego, że jak każda mama jest urobiona po łokcie to znajduje jeszcze czas na pisanie i wymyślanie nowych tematów i w dodatku jest wiecznie uśmiechnięta. Koniecznie zerknijcie na jej bloga!

Anią Makowską – Doktor Ania – z Anią spotkamy się na pewno wkrótce w Warszawie, a w ogóle to Ania jest z kolei organizatorką konferencji Food&Health Conference, która odbywa się w Trójmieście, a w tym roku w październiku odbędzie się również w Warszawie i już w tym momencie zachęcam Was serdecznie do wzięcia w niej udziału.

OPTOMETRYŚCI, jesteście tutaj? Dobrnęliście do tego momentu? Po pierwsze szacun, bo jak ja się rozpiszę to koniec świata, a po drugie naprawdę – powinniście przyjechać na Food&Health Conference. I do Warszawy, i w przyszłym roku do Trójmiasta.

Podsumowując moje, jak zwykle długie, wywody.
Optometrysta wśród blogerów – czuje się coraz lepiej.
SeeBloggers to naprawdę świetna impreza i mam nadzieję, że za rok też wezmę w niej udział.

Mojego bloga czyta nadal znacznie więcej osób z branży niż z zewnątrz, co bardzo chciałabym zmienić, bo wszystko to, o czym piszę, osoby z branży przecież wiedzą, a to właśnie do pozostałych osób ta wiedza ma trafić. Stąd między innymi pomysł na projekt #oczyjedzą.
Będzie mi bardzo miło, jeśli inni blogerzy się do niego przyłączą.

Dziękuję wszystkim za wspaniały weekend i za solidną dawkę motywacji i pozytywnej energii!

SeeBloggers! Do zobaczenia za rok!

 

20170722_12073020170722_163413

IMG_20170723_161234_915