utworzone przez Justyna Nater | lis 6, 2017 | Artykuły
Invidia to Polska marka opraw okularowych i okularów przeciwsłonecznych wydrukowanych w 3D, tworzona w Gdyni.
Pomysł na ten nietypowy produkt zrodził się ponad dwa lata temu w głowie Łukasza Macoń – młodego człowieka, którego pasją jest informatyka i nowoczesne technologie. Łukasz zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących swoich wyjątkowych opraw okularowych. Osobiście jestem pod ogromnym wrażeniem jego pracy, pasji i zaangażowania.
-Łukasz, dlaczego właściwie druk 3D?
Na początku pojawił się u mnie zachwyt nad możliwościami drukarek 3D. W momencie, kiedy pierwszy raz usłyszałem o druku 3D, zacząłem szukać wszelkich informacji na ten temat – czy to możliwe, żeby dało się wydrukować w trójwymiarze coś, co wcześniej zaprojektuję na komputerze? Mogę zaprojektować obraz w 2D, a następnie wydrukować go na papierze, używając zwykłej drukarki, ale jak wydrukować obiekt mający 3 wymiary? Od tego momentu zacząłem poszukiwać wszelkich informacji na temat drukarek, metod drukowania, ich możliwości i ograniczeń. Druk 3D okazał się być genialny w swej prostocie. Pamiętam jak bardzo byłem na siebie zły z powodu tego, że przez tyle lat żyłem w nieświadomości o tym, że taka technologia już istnieje. Ta technologia daje ogromne możliwości i jestem przekonany, że będzie się ona bardzo szybko rozwijać. Prawdopodobnie już niedługo drukarki 3D staną się czymś całkowicie powszechnym i dostępnym dla każdego. Zamiast poszukiwać różnego typu przedmiotów w sklepach, każdy z nas będzie mógł sobie wydrukować niezbędne mu przedmioty.
-A skąd pomysł, żeby drukować właśnie oprawy okularowe?
Przez trzy lata pracowałem w jednym z najstarszych salonów optycznych w Gdyni. Przez ten czas widziałem wiele wspaniałych i świetnie wyglądających opraw. Pomyślałem więc, że może warto spróbować wydrukować oprawę okularową. Początki były trudne… Z grafiką komputerową miałem już co prawda do czynienia i potrafiłem tworzyć własne projekty. Tworzyłem również własne trójwymiarowe obiekty cyfrowe do gier komputerowych, jednak tworzenie modeli opraw do wydruku niestety proste nie jest. Po pewnym czasie udało mi się zaprojektować pierwszą oprawę. Wstępnie miała to być ciekawa, nowoczesna męska oprawa (dla mnie). Po wydrukowaniu okazało się, że wymiary są do niczego, projekt kompletnie nie leży na nosie i na pewno nie nadaje się dla mężczyzny… Na szczęście pomimo trudnych początków kolejne projekty wychodziły już dużo lepsze.


-Wspominałeś, że są różne metody drukowania. Z jakiej metody ty korzystasz?
Wybór odpowiedniej metody nie był prosty ze względu na ograniczenia poszczególnych metod, jakość wydrukowanych obiektów oraz ich koszty. Po kilku testach zdecydowałem się na użycie metody SLS polegającej na selektywnym spiekaniu laserem sproszkowanego tworzywa – w tym przypadku proszku poliamidowego (zwanego czasami także nylonowym). Ta metoda pozwala na tworzenie spójnych, mocnych, lekkich i niewymagających nadmiaru dodatkowej obróbki obiektów. Użyty materiał (poliamid) jest lekki, wytrzymały, hipoalergiczny i biokompatybilny, a sama metoda daje możliwości tworzenia struktur, które nie byłyby możliwe do wykonania w żadnej innej technologii. Oczywiście wydruk po wyjęciu z maszyny musi być jeszcze odpowiednio obrobiony, aby był on przyjemny w dotyku.
-A jak jest z kolorami? Czy oprawa jest drukowana od razu w zadanym kolorze?
Nie, wydruki poliamidowe w podstawowej wersji są białe. Owszem, są firmy, które drukują czarnym lub szarym poliamidem, ale wymaga to dużo zachodu. Zamiast tego można wydruki po prostu zabarwić, ponieważ wydrukowane modele są porowate i bardzo dobrze chłoną barwniki. Używane przeze mnie barwniki są barwnikami tekstylnymi, a zatem są one nietoksyczne i nie powodują alergii. Po zabarwieniu na oprawy nakładana jest jeszcze specjalistyczna powłoka z cząsteczkami nanosrebra, która hamuje wchłanianie potu i zapobiega rozwojowi bakterii.



-Jakie są zalety opraw wydrukowanych w 3D?
Tak jak wspominałem wcześniej, są one przede wszystkim lekkie i wytrzymałe. Materiał, z których są wykonane jest lżejszy od tytanu i bardziej wytrzymały od acetatu. Mają one wysoką odporność termiczną, są dość sprężyste oraz można je spokojnie modelować do twarzy (modelowanie tylko na ciepło). W większości proponowanych przeze mnie modeli zastosowane są specjalne silikonowe nanośniki (co jest rzadkością w oprawach z tworzywa), które zmniejszają efekt „ześlizgiwania się” opraw z nosa oraz sprawiają, że okulary są wygodne i komfortowe w użytkowaniu.
Na specjalne zamówienie jest możliwość stworzenia indywidualnego napisu, znaczka bądź logo, które będzie wcięte w oprawie. Oprócz tego możliwe jest wykonania zamówień indywidualnych – nietypowych wielkości, specjalnych kształtów i niekonwencjonalnych wzorów. Każdą oprawę można wykonać na tę chwilę w 18 kolorach w różnych kombinacjach (inny front, inny zausznik) oraz trzech dostępnych typach wykończenia. W najbliższym czasie będę pracował nad tym, aby dodać kolejne kolory i kolejne typy wykończeń. No i na koniec jeszcze jedna istotna zaleta – często spotykamy się z tym, że producenci wielu marek opraw co jakiś czas pozbywają się starszych modeli opraw, a na ich miejsce wprowadzają nowsze modele. Problem pojawia się wtedy, gdy klient uszkodzi swoją oprawę, a bardzo ją lubił i chciałby taką samą lub ma uszkodzoną oprawę, ale soczewki są nadal dla niego dobre i chce po prostu wymienić oprawę na taką samą. Niestety producent twierdzi, że tego modelu już nie posiada i nie jest w stanie pomóc optykowi. Wtedy zaczyna się kombinowanie – a może uda się przełożyć soczewki do innej oprawy albo naprawić oprawę tak, żeby klient mógł ją jeszcze chwilę poużywać, albo może jakiemuś innemu optykowi taka oprawa jeszcze zalega na półce… W przypadku opraw drukowanych w 3D nie mamy do czynienia z masową produkcją, ale mamy produkcję dostosowaną do zapotrzebowania. Wydrukowanie takiej samej oprawy bądź dodrukowanie części zamiennej za 3 czy 5 lat nie będzie stanowiło żadnego problemu.


-Skąd czerpiesz inspiracje?
Chciałem, aby moja pierwsza kolekcja była raczej spokojna i wpisywała się w obecnie panujące trendy – tak, aby każdy mógł znaleźć w niej coś dla siebie, dlatego starałem się, aby te modele były wyważone i niezbyt ekstrawaganckie. Jest to celowe założenie, które ma pokazać, że klasyczne i spokojne modele wykonane w tej technologii wyglądają ciekawie i nietuzinkowo. Natomiast w najbliższych dniach chcę wprowadzić kolekcję opraw, które będą bardzo mocno inspirowane nurtami Steampunk oraz Cyberpunk. Są to nurty stylistyczne, które uwydatniają mechanikę, automatykę, elektronikę i technologię. Będzie to bardzo charakterystyczna kolekcja opraw raczej dla osób odważnych, szukających nietypowych okularów, które ciężko jest przeoczyć. Do tej kolekcji inspiracji szukałem w różnych grach komputerowych i filmach czerpiących z nurtów Steampunk i Cyberpunk, ukazujących świat postapokaliptyczny oraz świat science fiction.

-Jeśli mogę zapytać, jakie masz plany na przyszłość?
Na pewno będę nadal obserwował rozwój technologii i będę się starał czerpać jak najwięcej z najnowocześniejszych rozwiązań. I mam tu na myśli nie tylko branżę optyczną, ale również branżę informatyczną i multimedialną. W tej chwili jestem w trakcie tworzenia komputerowego symulatora opraw. Jest to projekt, który pozwoli na symulację wyglądu oprawy w dostępnych kolorach i ich kombinacjach. Jak wspominałem kolorów jest 18, 3 typy wykończeń, a kształtów już około 50, więc stworzyć każdą oprawę w każdej kombinacji kolorystycznej może być niemożliwe. Zamiast tego będę mógł zaproponować skorzystanie z symulacji, która pozwoli nam ocenić czy dana kombinacja kolorystyczna będzie pasowała do danego kształtu, oraz oczywiście do naszej twarzy.

-Gdzie można obejrzeć Twoje prace?
W najbliższym czasie będzie można obejrzeć moje prace na żywo na kongresie KRIO w Wiśle w dniach 17-18 listopada – zapraszam na stoisko numer 413 na czwartym piętrze.
Serdecznie zapraszam również na mój fanpage na Facebooku (www.facebook.com/InvidiaEyewear) oraz na moją stronę internetową www.invidiaeyewear.com. Zapraszam również na mój profil na Instagramie (www.instagram.com/invidiaeyewear/), gdzie także można zobaczyć ciekawe zdjęcia mojej kolekcji.

Na koniec muszę Wam pokazać, jak możliwości indywidualizacji oprawy okularowej INVIDIA wyglądają w rzeczywistości…
Przed Wami moja piękna, indywidualizowana oprawa z nazwą strony na zauszniku.


Ja jestem zachwycona!
utworzone przez Justyna Nater | sie 16, 2017 | Artykuły, Lifestyle
Przenocował w pierwszym pensjonacie, który znalazł. Rano wrócił do Grandu, w pokoju spakował walizkę i zszedł na śniadanie. Na schodach potrącił go jakiś biegnący na oślep mężczyzna. Kiedy zwrócił mu uwagę, krzyknął coś po rosyjsku. Po śniadaniu anulował w recepcji wtorkowy lot powrotny do Sztokholmu. Nie chciał tutaj być aż do wtorku. Pojechał taksówką do Gdyni. Usiadł na ławce w terminalu i czekał na wieczorny prom do Karlskrony… Wszystko miało być inaczej. Zastanawiał się dlaczego takie rzeczy przytrafiają się właśnie jemu. Najpierw jego matka, później żona, ledwo rok temu pochował syna. To miał być prosty zabieg… Miał mu pozwolić na normalne życie, miał ułatwić funkcjonowanie. Badania kwalifikacyjne pół roku temu nie wykazały absolutnie żadnych odstępstw od normy. Wszystko było dobrze. A wczoraj? Wczoraj lekarz oświadczył mu, że żadnego zabiegu nie będzie, że na tęczówce pojawiły się zmiany, które sugerują, co rozwinęło się w tak krótkim czasie w jego organizmie. On te zmiany widział, zauważył je, ale skąd mógł wiedzieć? Dostał skierowanie do kolejnych specjalistów, w celu potwierdzenia wstępnej diagnozy. Chciał wrócić jak najszybciej do domu, choć nikt na niego nie czekał. Ani wczoraj pod gabinetem, ani w domu w Sztokholmie. Cały czas w głowie kłębiły się myśli o beznadziejności sytuacji. O tym, że żadne pieniądze, których przecież mu nie brakuje, nie będą w stanie mu pomóc. O tym, że może być za późno.
– Czeka pan na prom? – usłyszał nagle przed sobą. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że wpatrywał się w przypadkowy punkt, którego tak naprawdę nie widział, a była nim torba kobiety stojącej kilka metrów przed nim. – Halo, przepraszam, płynie pan do… – przerwała, kiedy oprzytomniał i spojrzał jej w oczy – ach to pan! – Nie poznawał jej. Niska brunetka o niebieskich oczach wpatrywała się w niego z nieukrywanym uśmiechem. – Bardzo mi przykro, że wczoraj nie udało się wykonać zabiegu, ale proszę się nie martwić! Na pewno trafi pan na dobrych specjalistów i zaopiekują się panem. Czy pan się dobrze czuje??
Powoli docierało do niego kim jest dziewczyna stojąca naprzeciwko. To chyba ta, która wczoraj wykonywała mu powtórnie kilka badań przed wizytą u lekarza.
– Tak, dobrze się czuję. Co pani tu robi?
– Przyszłam odwiedzić tatę, pracuje na promie. Wie pan, że ma pan jeszcze bardzo dużo czasu? Prom do Karlskrony odpływa za dokładnie siedem godzin. Bo na ten pan czeka prawda? Pamiętam, że przyjechał pan ze Sztokholmu. Myślałam, że ma pan samolot we wtorek.
– Nie chcę tu być. Sama pani rozumie. – odwrócił głowę w stronę okien i ponownie wbił wzrok w martwy punkt.
– Z powodu wyniku badania? – Odpowiedziała i bez pytania usiadła koło niego. – Jadę do Gdańska, może zabiorę pana na obiad?
– Dziękuję, ale – wstał energicznie i ruszył ku drzwiom łazienki – dopiero niedawno zjadłem śniadanie. Poczekam tutaj na prom, a pani spokojnie wróci do domu, bez dodatkowych przystanków. – Kończąc zdanie zniknął w pomieszczeniu, zamknął drzwi i zasunął zamek.
Nie bardzo rozumiał dlaczego nie był dla niej milszy. Nie chciał być opryskliwy, ale nie miał ochoty na dalsze dyskusje. Dziewczyna okazała mu wiele troski i zaangażowania podczas wizyty poprzedniego dnia i badań przed zabiegiem. Zawdzięczał jej nawet to, że zniknęły jego wszelkie obawy, dotyczące laserowego usuwania wady wzroku. Dzięki niej przestało się mu robić słabo na samą myśl o całej procedurze. Była cierpliwa i bardzo dokładna. Starała się wytłumaczyć mu wszystko, krok po kroku. Dlaczego musiał ją spotkać akurat teraz, w tym stanie? Jest w końcu mężczyzną i powinien być silny. Połowa jego rodziny zmarła z powodu nowotworów, to dla niego żadna nowość. A jednak. Tym razem diagnoza dotyczy jego samego. Wpatrywał się w swoje odbicie w lustrze i miał wrażenie jakby jednocześnie był w zupełnie innym miejscu. Zeszłej nocy prawie nie spał, miał podkrążone oczy. Odkręcił zimną wodę i cztery razy solidnie spłukał nią twarz. Odczekał jeszcze chwilę, chciał mieć pewność, że trwało to wystarczająco długo, żeby zainteresowana jego przypadkiem dziewczyna straciła ochotę na rozmowę. Otworzył drzwi i od razu wiedział, że nic takiego się nie wydarzyło. Siedziała tam, gdzie ją zostawił i ponownie wpatrywała się mu prosto w oczy.
– Widzę, że nie odpuszcza pani łatwo. Przepraszam, nie jestem w nastroju do rozmowy. – Powiedział, kierując się w stronę schodów.
Dziewczyna zerwała się z niebieskiego plastikowego krzesełka i szybkim krokiem podążyła za nim kontynuując rozmowę.
– Panie Adrianie, dobrze pamiętam? Proszę mnie wysłuchać! Wczoraj naprawdę nie wiedziałam, że wyszedł pan od nas w takim stanie, miałam kolejną pacjentkę… – schodziła koło niego po schodach, ramię w ramię, nie odstępując go na krok.
– Pani jest taka uparta. Czy mogę nie chcieć o tym rozmawiać? – zatrzymał się niespodziewanie na schodach. Ona też się zatrzymała i znowu patrzyła mu prosto w oczy, choć musiała mocno zadzierać głowę, bo był od niej znacznie wyższy.
– Oczywiście, że może pan nie chcieć. – Spuściła wzrok i wyjęła telefon z torebki przewieszonej przez ramię. – W takim razie jadę do domu i życzę panu spokojnej podróży. Do widzenia. – Nie podnosząc już wzroku, zeszła szybkim krokiem ze schodów, zostawiając go samego w połowie piętra. Stał nieco zaskoczony, miał wręcz wrażenie, że jego pewność, że ona nie odpuści, była tak duża, że w ogóle nie brał tego pod uwagę. Chwilę stał na schodach, po czym zaczął zbiegać za nią.
– Proszę na mnie poczekać! – krzyknął, kiedy zobaczył końcówkę jej granatowej sukienki, znikającą w drzwiach. – Proszę poczekać!
– Wyskoczył energicznie przez drzwi i wpadł prosto na nią, ponieważ zatrzymała się dokładnie za rogiem, przy ścianie budynku. Znowu się uśmiechała, a delikatny wiatr rozwiewał jej włosy, co widocznie ją denerwowało, bo nerwowym ruchem odgarniała je z twarzy.
– Ale nie mam ochoty na obiad, może zabiorę panią na kawę?
– Może mnie pan zaprosić, a ja pana zabiorę, skoro jest pan ze Sztokholmu, to może tak będzie wygodniej?
– Oczywiście to dam się zabrać, ale ja zapraszam. – uśmiechnął się po raz pierwszy od wczorajszego przedpołudnia. Ostatni raz uśmiechał się również podczas rozmowy z nią, ale zanim jeszcze dowiedział się o wszystkim od lekarza. Nie widział jej po tej koszmarnej rozmowie z nim. Być może już wczoraj byłaby w stanie go uspokoić. Przyznawał w myślach, że miała do tego dar. Rozmowa z nią poprzedniego dnia, mimo że odbywała się w trakcie wykonywania badań, była kompletnie inna niż wszystkie rozmowy, jakie kiedykolwiek odbył u jakiegokolwiek lekarza.
Udali się razem do jej zaparkowanego przy terminalu samochodu i pojechali w stronę centrum Gdyni. Po drodze rozmawiali ze sobą jak najlepsi znajomi. Opowiadała mu o tym, że rzadko jeździ samochodem, że to właściwie bardziej samochód męża, że poznała męża trzy lata temu, właśnie w Gdańsku, w hotelu Mercure, niedaleko gdańskiej starówki, bo wybierali się razem na koncert. Ona wtedy przyjechała z Wrocławia i on ją z tego właśnie hotelu odbierał. Mówiła również o tym, że początkowo nie lubiła Trójmiasta, ale zdążyła w międzyczasie pracować przez rok w Warszawie i teraz już wie, że Trójmiasto jest cudowne, a to Warszawa nie nadaje się do codziennego życia. W każdym razie nie jej życia.
– To dziwne, jest pani energiczną osobą, wydawać by się mogło, że bardzo pasuje pani charakterem do tej szalonej Warszawy, w której wszyscy biegną za pieniądzem i karierą. – Nie potrafił przestać się jej przyglądać. Miała w sobie niesamowicie dużo optymizmu, była taka uśmiechnięta, jakby w życiu nie miała absolutnie żadnego problemu, zupełnie nie jak on, z tą swoją tęczówką, z podejrzeniem czerniaka. Jak on niby ma się uśmiechać, kiedy usłyszał coś takiego.
– To fakt, staram się robić w życiu tyle, ile mogę i lubię się z niego cieszyć. Mam zawód, który absolutnie kocham i jestem szczęściarą, bo należę do tej grupy osób, które robią w życiu to, co lubią. Choć wymaga to naprawdę wielu poświęceń. Takim poświęceniem między innymi był mój wyjazd do Warszawy. Myślałam, że jadę spełniać marzenia, a tymczasem okazało się, że nie każde spełnienie marzeń naprawdę nim jest. Ale to temat na dłuższą rozmowę. Wróciłam do Trójmiasta i jest mi dobrze tak, jak jest. Przy mężu. Dlatego Warszawa do mnie nie pasuje, bo kariera nie jest dla mnie najważniejsza. Liczy się rodzina, a poza tym… – spojrzała na niego na krótką chwilę, kiedy stanęli na czerwonym świetle – liczą się pacjenci. Przez wyjazd do Warszawy musiałam w znacznej mierze zrezygnować z gabinetu, a to gabinet jest miejscem, w którym czuję się najlepiej.
– Ale nie jest pani lekarzem?
– Nie. Jestem optometrystą. Był jeden pacjent, który po wyjściu ode mnie powiedział córce, że był u ornitologa. Może być. Mogę być kimkolwiek, byleby tylko pacjent otrzymał odpowiednią pomoc. Taką, jakiej jestem mu w stanie udzielić. Dlatego chciałam z panem porozmawiać! Bo widziałam ostateczny wynik badania, domyślam się, że może się pan czuć źle, chociaż zapewne nie potrafię sobie tego dokładnie wyobrazić, ale mi też na pewno zrobiłoby się słabo i na pewno byłabym przerażona. – Kończyła zdanie, parkując na jednym z krawężników przy ulicy Świętojańskiej w Gdyni. – Nie będę pana wywozić do Gdańska, bo będzie pan miał potem kawał drogi do terminala. Wiem, że nie chciał pan jeść obiadu, ale tutaj – powiedziała, wskazując na szyld z nazwą miejsca – w Pasta Miasta i tak zawsze trzeba trochę poczekać. Mąż pokazał mi to miejsce, bo ja to jestem fanką wszystkiego, co ma choć odrobinę włoskiego charakteru. Mam nadzieję, że lubi pan makaron? Kawę też pan tu dostanie!
– Czuję się namówiony, z przyjemnością zjem z panią obiad.
Jej entuzjazm był tak zarażający, że chętnie spędziłby z nią resztę dnia.
Usiedli w małej restauracji, w której stoliki ustawione były tak, żeby na jak najmniejszej powierzchni zmieściło się jak najwięcej osób. Udało im się zająć miejsce przy drewnianym stoliku przy oknie. Wpatrywał się w nią nieustannie. Czuł, że prawdopodobnie wygląda przynajmniej dziwnie, ale nie mógł przestać. Podobne uczucia miał podczas badań wzroku, które wykonywała dzień wcześniej. Z jednej strony słuchał jej monologu, o tym, że tutaj zamówienia składa się przy kasie, o tym, że oni w tej restauracji sami robią makarony, o tym, że ten z cukinią jest absolutnie najsmaczniejszy, ale poleca również na ostro. Z drugiej strony jednak analizował każdy jej ruch, zastanawiał się, jak szczęśliwym człowiekiem musi być na co dzień i żałował, że każdy człowiek, z którym ma w życiu do czynienia, nie ma w sobie tyle tak dobrej, absolutnie uzależniającej energii. Nagle przerwała. Zrobiło się cicho… pomiędzy nimi, ponieważ na sali nadal było gwarno.
– Jak zwykle za dużo mówię. – powiedziała po chwili – Ja bardzo dużo mówię. Staram się z tym walczyć, ale…
– Ale nie ma potrzeby, przyjemnie się tego słucha. – wszedł jej w słowo odzywając się po raz pierwszy od dłuższego czasu. – Pójdę złożyć zamówienie. Rozumiem, że mogę polegać na pani rekomendacjach i nie muszę przeglądać całego menu? – uśmiechnął się serdecznie i zabrał ze stołu karty. Kiedy podszedł do kasy, usłyszał, że czas oczekiwania wynosi około czterdziestu minut. Nie ma problemu. Byłoby w sumie wspaniale, gdyby wynosił trzy razy tyle. To jeszcze dwie lemoniady na początek. Kawa już mu dzisiaj nie jest do niczego potrzebna. Spora dawka kofeiny usiadła z nim przy stoliku. Wrócił na swoje miejsce pod oknem.
– Od kiedy wiedziała pani, co chce robić w życiu? Jeśli można spytać oczywiście.
– Od dłuższego czasu. Na pewno jeszcze długo przed liceum wiedziałam, że chcę studiować optykę i wszystko, co z nią związane, ale jednocześnie ciągnęło mnie do psychologii… – Odpowiedziała i oparła łokcie na stole, odgarniając jednocześnie włosy z czoła.
– Myślę, że mogłaby pani być niezłą terapeutką.
– No właśnie, to może powie mi pan, jak się pan czuje. – Na stole w tym czasie kelner postawił dwie lemoniady. – Myślałam, że chce się pan napić kawy?
– Czuję się na tyle dobrze, że pomimo nieprzespanej nocy, kawa nie jest mi potrzebna. Choć pewnie to, co widziała pani, kiedy spotkaliśmy się na terminalu nie przypominało wyspanego człowieka. Wystarczyła mi… – spojrzał na zegarek – niecała godzina w pani towarzystwie i prawie zapomniałem dlaczego tak się czułem. Chociaż trudno jest zapomnieć o wyroku.
– Panie Adrianie to nie jest żaden wyrok, to są na razie pewne domysły, pewne sugestie. Pan się musi jak najszybciej zbadać i dowiedzieć, czy to jest groźna zmiana, czy może po prostu taka pana uroda. Na pewno nie miał pan tego wcześniej?
– Nie wiem, być może miałem. Ale wcześniej, zanim pojawiłem się u państwa po raz pierwszy, w ogóle nie zwracałem uwagi na oczy. Widziałem. W okularach co prawda, ale widziałem. Raz na kilka lat szedłem do optyka wymienić oprawy okularowe i to wszystko. Nikt mi nigdy nie powiedział o oczach tyle, ile pani powiedziała mi wczoraj. Nie miałem pojęcia, że to jest takie ważne… Często pani miewa takich pacjentów – ignorantów, jak ja? – uśmiech zszedł mu z twarzy, popił lemoniady i wbił wzrok w blat drewnianego stolika.
– Często. Naprawdę. Przykro mi to mówić, ale pod tym względem nie jest pan akurat wyjątkowy. – On podniósł głowę i ponownie zaczął się jej przyglądać. Miała w głosie coś… nieopisanego. Nie był to smutek, ani żal. Był to jakiś rodzaj obawy połączony z troską. Żadnych negatywnych emocji, jedynie niepokój. – Pacjenci, którzy do mnie trafiają, właśnie najczęściej ci, którzy przychodzą tylko po nowe okulary, kompletnie nie mają pojęcia o tym, że z oczami może dziać się coś więcej. Tłumaczenie im, że są choroby, które nie dają objawów dopóki nie są trudne do wyleczenia, czasem nie przynosi żadnych efektów. Nic ich nie boli, więc nie ma problemu. Wie pan co ja wtedy robię? Proszę, żeby zamknęli oczy. Czasem dodatkowo gaszę światło w gabinecie. Pytam, co widzą. Odpowiadają, że ciemność. I potem albo proszę, aby w tej ciemności otworzyli oczy, albo pytam ponownie, co by zrobili, gdyby się okazało, że już nigdy tych oczu nie otworzą. Że nie zobaczą nikogo ze swojej rodziny, swojego dziecka, psa, domu, żony… – przerwała. Spostrzegła, że on znowu zaczynał wyglądać tak, jak jeszcze niedawno, na terminalu – Przepraszam. Ale pan jeszcze nie wie, co będzie dalej. Nie można myśleć negatywnie!
– To nie o to chodzi. Pomyślałem zupełnie w innym kierunku… Pomyślałem, że ja nawet ze zdrowymi oczami nie mam na kogo patrzeć. Mojej matki już nie ma, żony i syna również. Wracam do Sztokholmu, ale nic ani nikt tam na mnie nie czeka. Może wcale nie jest mi potrzebny wzrok?
– Ależ co pan opowiada! Bardzo mi jest przykro z powodu pana rodziny. Bardzo. Gdybym wiedziała, nie opowiadałabym panu tego, ale zapytał pan o pacjentów. Jestem przekonana, że jeszcze wszystko się poukłada w pana życiu! Dlaczego nie mieszka pan w Polsce? – Nieco nieśmiało, delikatnie chwyciła go za przedramię, żeby sprowokować jego spojrzenie, żeby zobaczyć jego oczy. Widziała tę plamkę na tęczówce, której tak się teraz bał.
– Żona chciała wyjechać, oczywiście za pieniędzmi. Matka została tutaj, jej stan się pogorszył z dnia na dzień, nawet nie zdążyłem wrócić. Nie zdążyłem… Potem tam, za granicą, najpierw żona, potem niespodziewanie syn… To wszystko brzmi jak z najgorszego filmowego scenariusza, ale to kilka ostatnich lat mojego życia. I wczoraj ten lekarz powiedział, co powiedział… Nie chciałem tu dłużej być. Byłem nieprzytomny, spałem w jakimś pierwszym lepszym pensjonacie, bo nie do końca umiałem się w tym wszystkim odnaleźć. Dzisiaj rano wróciłem do hotelu i odwołałem lot, a potem spotkaliśmy się na terminalu… Nie wiem co mam teraz robić…
– Przede wszystkim proszę się nie załamywać. Może powinien pan wrócić do kraju? Może będzie panu lepiej? Zostawi pan tam jakąś część wspomnień, zaopiekujemy się pana oczami. Wszystko się ułoży.
– Szanowni państwo! Takie macie szczęście! Inna para zrezygnowała z powodu wydłużonego czasu oczekiwania i akurat zamówili dokładnie to samo, co wy! – aż podskoczyli, kiedy usłyszeli nad sobą donośny i energiczny głos kelnera. Podał im talerze, podziękowali, ale nie zabrali się za jedzenie.
– Przyznam szczerze, że brzmi to chyba znacznie lepiej niż powrót do Sztokholmu. Nic mnie tam nie trzyma. Spróbuję skonsultować swój przypadek tam, znajdę mieszkanie w Polsce i może ma pani rację, może wrócę i zawalczę o swój wzrok… – powoli zaczął przesuwać widelec z makaronem po talerzu, jednak nie kierował jedzenia do ust.
– Dam panu wizytówkę, będziemy walczyć o ten wzrok razem. Nawet pan nie wie ilu moich pacjentów regularnie do mnie dzwoni i opowiada o wynikach badań. Uwielbiam to w swojej pracy. Proszę pamiętać, że to uwielbiam i proszę sobie nie żałować, kiedy tylko będzie pan potrzebował pomocy.
– Skąd się pani wzięła? – popatrzył jej w oczy i znowu uśmiechnął się, jak wtedy, kiedy dogonił ją pod terminalem. – Gdybyśmy tylko mieli na świecie więcej takich zaangażowanych lekarzy…
– Nie jestem lekarzem. Jestem optometrystą. I mamy. Proszę mi uwierzyć, że mamy. Być może wciąż za mało, a może to system powoduje, że człowiek w pewnym momencie nie odczuwa już tej pasji, którą czuł na początku. Sama nie wiem, może za 15 lat będę miała dość i będę chciała odejść. Na razie jednak chciałabym panu pomóc. Smacznego. – rozpromieniła się ponownie i puściła jego rękę. Zaczęli jeść obiad, rozmawiając przy tym o życiu w Szwecji, o swoich innych pasjach, a nawet o pogodzie i o jakości pokoi na promie do Karlskrony. Przesiedzieli w restauracji kolejne dwie godziny, popijając jedną lemoniadę za drugą i nie zwracając uwagi na upływający czas. Kiedy wyszli, zaproponowała mu krótki spacer bulwarem nadmorskim w Gdyni, opowiadała historię swojej przeprowadzki do Trójmiasta, a on przyznał się, że kiedy był młody myślał poważnie o pielęgniarstwie, na które ostatecznie się nie zdecydował ze względu na paniczny strach przed wszelkiego rodzaju igłami. Odwiozła go na terminal dwie godziny przed odpłynięciem jego promu. Wyciągnęła z torebki swoją wizytówkę i poprosiła, aby zadzwonił od razu, jak tylko dowie się czegokolwiek na temat zmiany na tęczówce, która tak zbiła go z nóg dzień wcześniej. Był jej wdzięczny. Wszystko to, co przeżył przez ostatnich kilka godzin było złożone z tak skrajnych emocji, że trudno je było do końca poukładać w głowie. Wiedział jednak, że musi podejść do problemu ze spokojem. Wiedział również, że od tej pory na pewno, cokolwiek się nie wydarzy i bez względu na najbliższą diagnozę, będzie regularnie badał wzrok i będzie do tego namawiał każdego, kogo spotka na swojej drodze. Zostawiła go na terminalu i wróciła do domu.
Zadzwonił trzy tygodnie później. Wraca do Polski. Zmiana na tęczówce okazała się być niegroźną zmianą barwnikową, pozostawioną do obserwacji.
_______
Tekst bierze udział w konkursie AccorHotels
Hotel Mercure Wrocław
utworzone przez Justyna Nater | lip 28, 2017 | Lifestyle
Właśnie mija tydzień od rozpoczęcia Festiwalu See Bloggers, który odbywa się w Gdyni już od 5 lat…
Jak to jest, kiedy optometrysta trafia na imprezę dla blogerów?

Rok temu nie potrafiłam się na niej tak do końca odnaleźć. W tym roku było zupełnie inaczej.
W branży optycznej i w okulistyce szalenie dużo mamy konferencji, sympozjów i szkoleń. Od 6 lat staram się uczestniczyć możliwie we wszystkich tych ogólnopolskich wydarzeniach. Tak naprawdę jednak, uczestnicząc w nich, człowiek nie jest w stanie ani na moment się zrelaksować, ze względu oczywiście na ich specjalistyczną tematykę.
Kiedy rok temu trafiłam na SeeBloggers, atmosfera festiwalu była dla mnie tak „egzotyczna”, że kompletnie nie wiedziałam jak sobie z nią poradzić.
W tym roku było ZUPEŁNIE inaczej.
W tym roku nie mogłam się doczekać, w tym roku było mi przykro, że to już koniec.
Organizatorami SeeBloggers są Ania i Jakub Zając, prowadzący bloga Fashionable.com
Dwoje ludzi, których pozytywną energię uwielbiam i podziwiam za to, że udźwignęli organizację tak dużej imprezy.
Do Gdyni specjalnie z tej okazji przyjechało ponad 1000 osób! Wyobrażacie to sobie?

Ten festiwal ma fantastyczną zaletę – można go spędzić na kilka różnych sposobów.
Odbywa się w Pomorskim Parku Naukowo Technologicznym, a więc organizatorzy mają pełne pole do popisu, jeśli chodzi o wykorzystanie dostępnej w nim przestrzeni… Dzięki temu, w tym roku można było na przykład poleżeć ze znajomymi na leżakach w słońcu, posiedzieć w wygodnych ogrodowych fotelach przegryzając owoce, gotować z najlepszymi w strefie cooking, spędzać czas na stoiskach sponsorów i wystawców, brać udział w wielu naprawdę wartościowych i ciekawych warsztatach oraz oczywiście wysłuchiwać prelekcji na salach bocznych i sali głównej.
Niejeden organizator konferencji powinien uczyć się od organizatorów SeeBlogers –
Kochani! Chylę czoła, wspaniała robota!
Ale co ten optometrysta tam wśród tych blogerów?

Jest mnóstwo osób, które wykorzystując okazję, śmieją się pod nosem „bo ty teraz jesteś blogerką…”.
Zaskoczę Was, wśród blogerów całe mnóstwo jest wykształconych specjalistów, którzy prowadzą blogi z miłości do swojego zawodu. Farmaceuci, dietetycy, informatycy, doktoranci uniwersyteccy, specjaliści od marketingu, literaturoznawcy itd. Poważnie.
Wartościowych blogów jest w Polsce naprawdę TAK WIELE, że aż miło!
Podczas tegorocznego SeeBloggers wzięłam udział w trzech warsztatach, w tym dwóch organizowanych przez marki wspierające wydarzenie.
Po pierwsze, sobotni poranek spędziłam w małej grupie osób, wpatrzona w autora kultowej powieści „Samotność w sieci”. Poznałam Janusza Leona Wiśniewskiego. Warsztat organizowany był przez sieć Accor Hotels i miał dotyczyć wskazówek „Jak pisać wartościowe teksty”.
Jak jednak przystało na pisarza, zabrakło mu kolejnych 90 minut na opowiedzenie wszystkiego, o czym chciałby powiedzieć. Wątki poboczne wygrały. Nie wiem jak inny uczestnicy warsztatów, ale zupełnie nie miałam z tym problemu. Wręcz przeciwnie, uwielbiam słuchać ludzi, którzy mają dar do opowiadania. Mój ulubiony fragment tych opowieści dotyczył wykształcenia Pana Wiśniewskiego. Okazuje się bowiem, że on również jest fizykiem, głowa pełna nauk ścisłych. Fantastycznie!
I powiedział coś pięknego:
– Nam, umysłom ścisłym, pisze się znacznie łatwiej niż takim polonistom. Bo ten polonista to się zastanawia nad poprawnością językową i słownictwem, a my nie wiemy, jak to powinno być poprawnie i po prostu piszemy.
Jakże moje serce się radowało po tych słowach!
Janusz Leon Wiśniewski też jest fizykiem!
Po zakończonych, a właściwie przerwanych brutalnie warsztatach (bo prowadzący to chciał tylko krótką przerwę zrobić po 90 minutach) udało mi się z Panem J.L.Wiśniewskim zamienić dwa słowa o tej fizyce i o pisaniu. Accor Hotels przekazało nam też torby, w których była między innymi (to najważniejsze) książka Grand, w której w tej chwili oczywiście widnieje autograf jej autora.
Nie wiem co mówią inni uczestnicy tego warsztatu, ale ja jestem absolutnie zakochana platonicznie w Panu Januszu i mogłabym tam siedzieć i wysłuchiwać jego opowieści przez cały dzień.


Drugi warsztat organizowany przez markę Pharmaceris „O dzieleniu włosa na czworo” kompletnie mnie nie ujął. Wręcz, szczerze mówiąc, odrobinę znużył. Konkurs przeprowadzony w trakcie warsztatu był chaotyczny i pani prowadząca nie mogła sobie z nim poradzić. Niespodzianką jednak było to, że w warsztacie wzięło udział około 100 osób i wszystkie te osoby wrzuciły do misy zgłoszenia na indywidualne badanie trychologiczne skóry głowy, które odbywało się na stoisku Pharmaceris. Na tych około 100 osób było 16 miejsc i co? I wylosowano między innymi mnie.
Ucieszyłam się, bo te moje włosy nigdy nie były zachwycające, a specjalnie na badanie skóry głowy pewnie nigdy bym się nie umówiła. Wbrew temu co myślałam, okazało się, że z moją głową wszystko dobrze – szkoda, że to urządzenie nie mierzy ilości szarych komórek, bo chętnie bym się dowiedziała, czy to tylko skóra w dobrym stanie, czy tam głębiej też jeszcze nie jest tak najgorzej.
Mam tylko takie małe zboczenie zawodowe na punkcie dezynfekcji wszystkiego, co dotyka potencjalnych „pacjentów”, więc owszem, płyn do dezynfekcji na stoisku był, ale psikanie nim po głowie wszystkich delikwentów jakoś nie bardzo mnie przekonywało. Starałabym się raczej czyścić nim również tę głowicę, która miała wbudowaną kamerę, ale może nie będę się tak bardzo czepiać.
Trzecim warsztatem był warsztat z fotografii mobilnej z Natalią Sławek z bloga Jest Rudo.
Minimalny zawód, że nie były to zajęcia praktyczne, na których moglibyśmy faktycznie porobić zdjęcia produktowe pod bacznym okiem Natalii… Ale wykład był bardzo przyjemny.
W każdym razie trudno jest przedstawić taką obszerną tematykę w zaledwie 30 minut, a Natalia świetnie sobie poradziła. W ogóle Natalia jest dla mnie uosobieniem takiej słodyczy, skromności, wielkiego serca… To jest taki typ człowieka, o którym ze spokojnym sumieniem powiedziałabym „muchy by nie skrzywdziła”. Poza tym, że jest śliczna, jest niezwykle pogodna i prowadzi przepięknego bloga, którego warto obserwować, jeśli staramy się robić zdjęcia, ale nie do końca nam to wychodzi.
Jest Rudo to naprawdę baza wartościowej fotograficznej wiedzy (i nie tylko).
W ciągu dnia przeprowadziłam też bardzo sympatyczną rozmowę z przedstawicielką marki Oillan. A ponieważ kosmetyki tej marki są jednymi z moich naprawdę ulubionych kosmetyków i wyglądało na to, że znalazłyśmy nić porozumienia, być może kiedyś będę mogła Wam powiedzieć więcej na temat tej rozmowy. Jak sytuacja się potoczy, zobaczymy.
Nadeszła pora na… uczestników festiwalu.
Najlepsze, co mi się mogło przytrafić w blogowaniu to poznanie tych wszystkich fantastycznych ludzi, a zwłaszcza…
Anki Szatan. Tak, Ona naprawdę ma tak na nazwisko i wiecie co. Charakter chyba się jej dopasował. Nie miał po prostu wyjścia. Dziewczyna wulkan, a jednocześnie bardzo wrażliwe stworzenie. Kiedy wpadła zdyszana na warsztaty Wiśniewskiego, myślałam, że wyzionie ducha. Ale kiedy człowiek ze zmywarką wydzwaniał do niej przez połowę wykładu pomyślałam z kolei, że jej życie jest takie jak ona. Szalone. Kiedy zaczyna z Wami rozmawiać i wymieniać wszystkie nazwiska, autorów i tytuły można wpaść pod ziemię ze wstydu, a jednocześnie chylić czoła, że ma taką wiedzę. KIEDY ONA TO WSZYSTKO PRZECZYTAŁA I OBEJRZAŁA? Czy moja doba jest krótsza od Jej doby o 65 godzin?
Piekielna Strona Popkultury – to blog Anki. Jeśli kochacie czytać książki, oglądać seriale i chodzić do kina – strona obowiązkowa. Na przykład Ania była już 5 razy na Baby Driver i co? Przebijecie to? Bo ja to mogę tylko przybić gwoździa, głową w ścianę.
Szatanku mój kochany – dziękuję, że jesteś i cieszę się, że Cię poznałam (dla niepoinformowanych – nie teraz, już rok temu).
Nie wiem, czy kiedyś Wam o tym mówiłam, ale od dłuższego czasu wszyscy nowi znajomi, chwilę po poznaniu się ze mną, mówią „Ale ty jesteś podobna do Kasi Pakosińskiej!”. Tak bardzo często mi to wmawiają, że powoli zaczynam w to wierzyć, chociaż Kasia jest taką piękną kobietą, że aż mi głupio próbować porównywać się właśnie do niej. Ale ponieważ ją uwielbiam to każde takie porównanie sprawia mi ogromną przyjemność.
Więc uśmiechnęłam się bardzo szeroko, kiedy Kasia Ogórek powiedziała dokładnie to samo.
Kasia Ogórek to jest taka osoba, która potrafi zrobić wszystko z absolutnie niczego. Zamienia beton w kwiatki i drewno w bawełnę. Prowadzi bloga Twoje DIY i niewykluczone, że kojarzycie ją z programów telewizyjnych. Kasia być może nawet nie pamięta, ale w zeszłym roku, kiedy taka zagubiona trafiłam na imprezę wieczorną i udało mi się zamienić z Nią kilka słów, pięknie mnie zmotywowała do pracy i powiedziała, że absolutnie w blogowaniu nie można się nigdy poddawać. A wierzę Jej w tej kwestii bezgranicznie, bo ma znacznie większe doświadczenie od niejednego blogera.
Selfie „Kasi Pakosińskiej”, Szatana i Kasi Ogórek :)

Najbardziej to cieszę się, że udało mi się w tym całym zamieszaniu porozmawiać chociaż chwilę z Jackiem. Jacek Em. – Dizajnuch. Tego człowieka po prostu nie da się nie lubić, a blogerzy lgną do niego jak owocówki do owocków. Ma fantastyczne poczucie humoru, a kim jest z zawodu? Myślę, że możecie się domyślić z nazwy bloga. Zobaczycie, że o jego blogu będzie jeszcze kiedyś naprawdę bardzo głośno.
Jeśli jeszcze nie wiecie, kto ma najszczerszy i najbardziej radosny uśmiech w blogosferze to ja Wam powiem – Karolina Urbaniak. Realizuj.eu to miejsce pełne pozytywnych wibracji, optymizmu i motywacji. Karolinę poznałam podczas ubiegłorocznej edycji festiwalu i to dzięki Niej nie zginęłam podczas wieczornej imprezy. No i studiuje w moim ukochanym Wrocławiu. Tak bardzo Jej tego zazdroszczę!
Niesamowicie miło mi było, kiedy się okazało, że po uczestnictwie w warsztatach kulinarnych w zeszłym roku pamięta mnie fantastyczny kucharz – Joseph Seeletso. Porozmawialiśmy sobie dłuższą chwilę „o życiu” i gotowaniu :) – bardzo spodobał mu się pomysł na projekt #oczyjedzą. Kto wie? Może kiedyś uda mi się go namówić na wspólne gotowanie!
Udało mi się również, w kolejce po lody, zamienić słówko z Natalią Knopek z Simplife.pl – musicie zobaczyć Jej zdjęcia na Instagramie!
Niesamowicie się cieszę, że miałam okazję poznać Natalię na żywo i bardzo serdecznie polecam Wam tego bloga – jeśli to w ogóle możliwe, że jeszcze go nie znacie.
Nie wymieniłam tu jeszcze wielu osób, takich jak Magda Far – Produktywna.pl, Julita Olszowska – Blondeworld.pl, czy Justyna Marek – Pinkglasses.pl (jak ktoś ma w nazwie okulary to wiadomo, że już z założenia będzie moim ulubieńcem), bo nie jestem w stanie napisać o wszystkich, ale każda z tych osób jest wyjątkowa, każda tworzy coś ciekawego i każda ma pomysł na siebie. Mam nadzieję, że w przyszłym roku jakimś cudem znajdziemy więcej czasu na dłuższe rozmowy.
Organizatorzy SeeBloggers przygotowali dla uczestników aplikację, w której była agenda i wiele naprawdę przydatnych funkcji. Na początku był też tak zwany „wall” i to dzięki niemu poznałam większą ilość osób.
Biorąc pod uwagę ilość prelekcji, wykładów i aktywności oraz ponad 1000 uczestników po prostu nie sposób było spotkać się z każdym, z którym planowałam. I tak na przykład bardzo żałuję, że nie udało mi się na żywo porozmawiać z :
Olą Rybacką – Hack Your Life – ale Ola dołączy do nas w projekcie #oczyjedzą, więc na pewno będzie jeszcze nie jedna okazja do spotkania, a poza tym na pewno opowiemy Wam wspólnie historię jej oczu, bądźcie czujni!
Justyną Jakubik – Zdrowonajedzeni – mieszka w Warszawie, a ja cierpię na chroniczny brak czasu, ale mam ogromną nadzieję, że po pierwsze uda nam się wyskoczyć na zdrowy koktajl, a po drugie Justynka również dołącza do akcji #oczyjedzą z czego niesamowicie się cieszę!
Kasią Włusek – Mamy sprawy – poznałam Ją w zeszłym roku i niezmiennie podziwiam. Prowadzi bloga parentingowego, więc oprócz tego, że jak każda mama jest urobiona po łokcie to znajduje jeszcze czas na pisanie i wymyślanie nowych tematów i w dodatku jest wiecznie uśmiechnięta. Koniecznie zerknijcie na jej bloga!
Anią Makowską – Doktor Ania – z Anią spotkamy się na pewno wkrótce w Warszawie, a w ogóle to Ania jest z kolei organizatorką konferencji Food&Health Conference, która odbywa się w Trójmieście, a w tym roku w październiku odbędzie się również w Warszawie i już w tym momencie zachęcam Was serdecznie do wzięcia w niej udziału.
OPTOMETRYŚCI, jesteście tutaj? Dobrnęliście do tego momentu? Po pierwsze szacun, bo jak ja się rozpiszę to koniec świata, a po drugie naprawdę – powinniście przyjechać na Food&Health Conference. I do Warszawy, i w przyszłym roku do Trójmiasta.
Podsumowując moje, jak zwykle długie, wywody.
Optometrysta wśród blogerów – czuje się coraz lepiej.
SeeBloggers to naprawdę świetna impreza i mam nadzieję, że za rok też wezmę w niej udział.
Mojego bloga czyta nadal znacznie więcej osób z branży niż z zewnątrz, co bardzo chciałabym zmienić, bo wszystko to, o czym piszę, osoby z branży przecież wiedzą, a to właśnie do pozostałych osób ta wiedza ma trafić. Stąd między innymi pomysł na projekt #oczyjedzą.
Będzie mi bardzo miło, jeśli inni blogerzy się do niego przyłączą.
Dziękuję wszystkim za wspaniały weekend i za solidną dawkę motywacji i pozytywnej energii!
SeeBloggers! Do zobaczenia za rok!



utworzone przez Justyna Nater | lip 25, 2016 | Lifestyle
Wczoraj zakończyła się IV edycja festiwalu See Bloggers, który od czterech już lat odbywa się w Gdyni. See Bloggers to spotkanie blogerów, vlogerów i innych twórców internetowych.
Nigdy wcześniej nie byłam na tego typu wydarzeniu (oczywiście pomijając Blogowigilię, która jest świąteczną imprezą o zupełnie innym charakterze).
Tak naprawdę zakładając Dbaj o wzrok, nie planowałam tworzenia bloga. Tak wyszło w ciągu kilku pierwszych miesięcy. Wynikało to z chęci pisania lżejszych treści, niż ogrom specjalistycznych tekstów, które można znaleźć w internecie.

W gabinecie podczas badania, też zawsze staram się do pacjentów mówić jak najprostszym językiem, bo tłumaczenie czegokolwiek nie ma sensu, kiedy druga osoba nie rozumie o czym mówimy.
Chodziło zatem o to, aby stworzyć w sieci miejsce, które będzie źródłem wiedzy, dla osób szukających odpowiedzi na swoje pytania na forach internetowych, na których można znaleźć wiele ciekawych informacji, tylko nie te właściwe.
Wiele osób (przynajmniej wśród moich znajomych) wzdryga się, słysząc określenie „blog” lub „bloger”. Przyznaję się oficjalnie, że do niedawna sama do tych osób należałam.
Moje podejście uległo drobnym zmianom podczas Blogowigilii. Zaczęłam się przekonywać, że blogiem można dotrzeć do większej ilości odbiorców.
See Bloggers postawiło w mojej głowie „kropkę nad i”. Teraz wiem, że warto.
Blog to praca na pełny etat. Poza pracą zawodową.
Dzisiaj Blog Forum Gdańsk ogłosiło wyniki rejestracji i niestety Dbaj o wzrok nie zostało w tym roku zaproszone na wydarzenie. A szkoda. Może to dlatego, że zabrakło nam dosłownie 2-3 tygodni na zmianę wyglądu strony (bo uwierzcie, będzie piękna!), a może powody były inne. Tego nie wiem.
Choć wbrew pozorom blogerzy, to chyba najlepsza grupa odbiorców dla tematyki mojej strony.
Dlaczego tak myślę?
Motywem przewodnim każdego spotkania blogerów jest… #
Hashtagi są wszędzie i w każdych ilościach. Oznacza się imprezę, oznacza się stoiska sponsorów i wystawców, zdjęcia z warsztatów np. kulinarnych, z wykładów ze specjalistami.
Koniec końców wystarczy spojrzeć na zdjęcia słuchaczy, wykonane podczas jakiegokolwiek wystąpienia.
90% osób trzyma w ręku smartfona – czyta, robi zdjęcie, przegląda dodane już hashtagi, komentuje, udostępnia itd.

Oczy blogera w ogóle nie mają lekkiego życia. Przecież blogowanie polega właśnie na tym, żeby pisać teksty i żyć w kontakcie z ludźmi poprzez social media. To wszystko odbywa się za pośrednictwem urządzeń elektronicznych, emitujących szkodliwe dla oczu i całego organizmu światło niebieskie. Poza tym oczy są wiecznie w stanie napiętej akomodacji, do pracy wzrokowej w bliży. A dodatkowo – jak wiecie – podczas takiego skupienia na czytanym, czy pisanym tekście, przestajemy wystarczająco często mrugać i nasze oczy wysychają. W konsekwencji pojawia się uczucie zmęczenia, piasku pod powiekami, zaczerwienienie itp.
Wracając do See Bloggers. Początek był dla mnie trudny. Jestem osobą i gadatliwą i towarzyską, ale nie umiałam się odnaleźć wśród ludzi, którzy już się dobrze znają i przebywają w grupkach to tu, to tam. Przy samym wejściu, w kolejce do rejestracji poznałam Kasię Włusek (Mamy sprawy), więc 40 minut oczekiwania minęło bardzo sympatycznie.
Nieswojo czułam się do pierwszych warsztatów kulinarnych, które niestety były opóźnione i z tego powodu nie byłam w stanie pojawić się na kolejnych, na które również się zapisałam. Warsztaty kulinarne z Netto prowadził Tomek Jakubiak, człowiek któremu uśmiech nie schodzi z twarzy. Przygotowywaliśmy dania rybne, więc nie pojadłam sobie, ze względu na moją alergię pokarmową… Trzeba mieć pecha, żeby pochodzić z nad morza i mieszkać nad morzem, a nie móc jeść ryb. Takie życie.

Moimi dwoma bohaterami tego weekendu zostali Wojtek Wawrzak (Prakreacja) i Artur Jabłoński.
Wojtek miał warsztat z prawa dla blogerów i wykład dotyczący siły blogów eksperckich, natomiast Artur mówił o narzędziach do blogowania. Oboje sprawili, że po ostatnim drobnym spadku motywacji, odzyskałam chęć do pisania i nabrałam więcej dystansu.


Nie mówiłam Wam, ale faktycznie miałam taki problem i to całkiem niedawno. Miałam wrażenie, że nie ma sensu pisać Dbaj o wzrok, że najlepiej w ogóle zmienić branżę, „rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady”. Miałam wrażenie też, że nikt nie interesuje się tym, co piszę, więc automatycznie nie miałam weny do pisania.

Po tym weekendzie doszłam do wniosku, że moje życiowe motto „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”, gdzieś mi się po drodze zgubiło i poszło na spacer beze mnie.
Miałam przyjemność porozmawiać chwilę z Kasią Ogórek (Twoje DIY), która przekonała mnie, że cierpliwość jest kluczem do sukcesu.
Dlatego od dzisiaj walczę dalej. O nasze oczy.
Cierpliwie i pracowicie do celu – żeby każdy Polak mógł kiedyś powiedzieć –
„Dbam o wzrok – Bo moje oczy są najważniejsze!”