Terminal – tekst konkursowy AccorHotels

        Przenocował w pierwszym pensjonacie, który znalazł. Rano wrócił do Grandu, w pokoju spakował walizkę i zszedł na śniadanie. Na schodach potrącił go jakiś biegnący na oślep mężczyzna. Kiedy zwrócił mu uwagę, krzyknął coś po rosyjsku. Po śniadaniu anulował w recepcji wtorkowy lot powrotny do Sztokholmu. Nie chciał tutaj być aż do wtorku. Pojechał taksówką do Gdyni. Usiadł na ławce w terminalu i czekał na wieczorny prom do Karlskrony… Wszystko miało być inaczej. Zastanawiał się dlaczego takie rzeczy przytrafiają się właśnie jemu. Najpierw jego matka, później żona, ledwo rok temu pochował syna. To miał być prosty zabieg… Miał mu pozwolić na normalne życie, miał ułatwić funkcjonowanie. Badania kwalifikacyjne pół roku temu nie wykazały absolutnie żadnych odstępstw od normy. Wszystko było dobrze. A wczoraj? Wczoraj lekarz oświadczył mu, że żadnego zabiegu nie będzie, że na tęczówce pojawiły się zmiany, które sugerują, co rozwinęło się w tak krótkim czasie w jego organizmie. On te zmiany widział, zauważył je, ale skąd mógł wiedzieć? Dostał skierowanie do kolejnych specjalistów, w celu potwierdzenia wstępnej diagnozy. Chciał wrócić jak najszybciej do domu, choć nikt na niego nie czekał. Ani wczoraj pod gabinetem, ani w domu w Sztokholmie. Cały czas w głowie kłębiły się myśli o beznadziejności sytuacji. O tym, że żadne pieniądze, których przecież mu nie brakuje, nie będą w stanie mu pomóc. O tym, że może być za późno.
Czeka pan na prom? – usłyszał nagle przed sobą. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że wpatrywał się w przypadkowy punkt, którego tak naprawdę nie widział, a była nim torba kobiety stojącej kilka metrów przed nim. – Halo, przepraszam, płynie pan do… – przerwała, kiedy oprzytomniał i spojrzał jej w oczy – ach to pan! – Nie poznawał jej. Niska brunetka o niebieskich oczach wpatrywała się w niego z nieukrywanym uśmiechem. – Bardzo mi przykro, że wczoraj nie udało się wykonać zabiegu, ale proszę się nie martwić! Na pewno trafi pan na dobrych specjalistów i zaopiekują się panem. Czy pan się dobrze czuje??
Powoli docierało do niego kim jest dziewczyna stojąca naprzeciwko. To chyba ta, która wczoraj wykonywała mu powtórnie kilka badań przed wizytą u lekarza.
Tak, dobrze się czuję. Co pani tu robi?
Przyszłam odwiedzić tatę, pracuje na promie. Wie pan, że ma pan jeszcze bardzo dużo czasu? Prom do Karlskrony odpływa za dokładnie siedem godzin. Bo na ten pan czeka prawda? Pamiętam, że przyjechał pan ze Sztokholmu. Myślałam, że ma pan samolot we wtorek.
Nie chcę tu być. Sama pani rozumie. – odwrócił głowę w stronę okien i ponownie wbił wzrok w martwy punkt.
Z powodu wyniku badania? – Odpowiedziała i bez pytania usiadła koło niego. – Jadę do Gdańska, może zabiorę pana na obiad?
Dziękuję, ale – wstał energicznie i ruszył ku drzwiom łazienki – dopiero niedawno zjadłem śniadanie. Poczekam tutaj na prom, a pani spokojnie wróci do domu, bez dodatkowych przystanków. – Kończąc zdanie zniknął w pomieszczeniu, zamknął drzwi i zasunął zamek.
Nie bardzo rozumiał dlaczego nie był dla niej milszy. Nie chciał być opryskliwy, ale nie miał ochoty na dalsze dyskusje. Dziewczyna okazała mu wiele troski i zaangażowania podczas wizyty poprzedniego dnia i badań przed zabiegiem. Zawdzięczał jej nawet to, że zniknęły jego wszelkie obawy, dotyczące laserowego usuwania wady wzroku. Dzięki niej przestało się mu robić słabo na samą myśl o całej procedurze. Była cierpliwa i bardzo dokładna. Starała się wytłumaczyć mu wszystko, krok po kroku. Dlaczego musiał ją spotkać akurat teraz, w tym stanie? Jest w końcu mężczyzną i powinien być silny. Połowa jego rodziny zmarła z powodu nowotworów, to dla niego żadna nowość. A jednak. Tym razem diagnoza dotyczy jego samego. Wpatrywał się w swoje odbicie w lustrze i miał wrażenie jakby jednocześnie był w zupełnie innym miejscu. Zeszłej nocy prawie nie spał, miał podkrążone oczy. Odkręcił zimną wodę i cztery razy solidnie spłukał nią twarz. Odczekał jeszcze chwilę, chciał mieć pewność, że trwało to wystarczająco długo, żeby zainteresowana jego przypadkiem dziewczyna straciła ochotę na rozmowę. Otworzył drzwi i od razu wiedział, że nic takiego się nie wydarzyło. Siedziała tam, gdzie ją zostawił i ponownie wpatrywała się mu prosto w oczy.
Widzę, że nie odpuszcza pani łatwo. Przepraszam, nie jestem w nastroju do rozmowy. – Powiedział, kierując się w stronę schodów.
Dziewczyna zerwała się z niebieskiego plastikowego krzesełka i szybkim krokiem podążyła za nim kontynuując rozmowę.
Panie Adrianie, dobrze pamiętam? Proszę mnie wysłuchać! Wczoraj naprawdę nie wiedziałam, że wyszedł pan od nas w takim stanie, miałam kolejną pacjentkę… – schodziła koło niego po schodach, ramię w ramię, nie odstępując go na krok.
Pani jest taka uparta. Czy mogę nie chcieć o tym rozmawiać? – zatrzymał się niespodziewanie na schodach. Ona też się zatrzymała i znowu patrzyła mu prosto w oczy, choć musiała mocno zadzierać głowę, bo był od niej znacznie wyższy.
Oczywiście, że może pan nie chcieć. – Spuściła wzrok i wyjęła telefon z torebki przewieszonej przez ramię. – W takim razie jadę do domu i życzę panu spokojnej podróży. Do widzenia. – Nie podnosząc już wzroku, zeszła szybkim krokiem ze schodów, zostawiając go samego w połowie piętra. Stał nieco zaskoczony, miał wręcz wrażenie, że jego pewność, że ona nie odpuści, była tak duża, że w ogóle nie brał tego pod uwagę. Chwilę stał na schodach, po czym zaczął zbiegać za nią.
Proszę na mnie poczekać! – krzyknął, kiedy zobaczył końcówkę jej granatowej sukienki, znikającą w drzwiach. – Proszę poczekać!
– Wyskoczył energicznie przez drzwi i wpadł prosto na nią, ponieważ zatrzymała się dokładnie za rogiem, przy ścianie budynku. Znowu się uśmiechała, a delikatny wiatr rozwiewał jej włosy, co widocznie ją denerwowało, bo nerwowym ruchem odgarniała je z twarzy.
Ale nie mam ochoty na obiad, może zabiorę panią na kawę?
Może mnie pan zaprosić, a ja pana zabiorę, skoro jest pan ze Sztokholmu, to może tak będzie wygodniej?
Oczywiście to dam się zabrać, ale ja zapraszam. – uśmiechnął się po raz pierwszy od wczorajszego przedpołudnia. Ostatni raz uśmiechał się również podczas rozmowy z nią, ale zanim jeszcze dowiedział się o wszystkim od lekarza. Nie widział jej po tej koszmarnej rozmowie z nim. Być może już wczoraj byłaby w stanie go uspokoić. Przyznawał w myślach, że miała do tego dar. Rozmowa z nią poprzedniego dnia, mimo że odbywała się w trakcie wykonywania badań, była kompletnie inna niż wszystkie rozmowy, jakie kiedykolwiek odbył u jakiegokolwiek lekarza.

Udali się razem do jej zaparkowanego przy terminalu samochodu i pojechali w stronę centrum Gdyni. Po drodze rozmawiali ze sobą jak najlepsi znajomi. Opowiadała mu o tym, że rzadko jeździ samochodem, że to właściwie bardziej samochód męża, że poznała męża trzy lata temu, właśnie w Gdańsku, w hotelu Mercure, niedaleko gdańskiej starówki, bo wybierali się razem na koncert. Ona wtedy przyjechała z Wrocławia i on ją z tego właśnie hotelu odbierał. Mówiła również o tym, że początkowo nie lubiła Trójmiasta, ale zdążyła w międzyczasie pracować przez rok w Warszawie i teraz już wie, że Trójmiasto jest cudowne, a to Warszawa nie nadaje się do codziennego życia. W każdym razie nie jej życia.
To dziwne, jest pani energiczną osobą, wydawać by się mogło, że bardzo pasuje pani charakterem do tej szalonej Warszawy, w której wszyscy biegną za pieniądzem i karierą. – Nie potrafił przestać się jej przyglądać. Miała w sobie niesamowicie dużo optymizmu, była taka uśmiechnięta, jakby w życiu nie miała absolutnie żadnego problemu, zupełnie nie jak on, z tą swoją tęczówką, z podejrzeniem czerniaka. Jak on niby ma się uśmiechać, kiedy usłyszał coś takiego.
To fakt, staram się robić w życiu tyle, ile mogę i lubię się z niego cieszyć. Mam zawód, który absolutnie kocham i jestem szczęściarą, bo należę do tej grupy osób, które robią w życiu to, co lubią. Choć wymaga to naprawdę wielu poświęceń. Takim poświęceniem między innymi był mój wyjazd do Warszawy. Myślałam, że jadę spełniać marzenia, a tymczasem okazało się, że nie każde spełnienie marzeń naprawdę nim jest. Ale to temat na dłuższą rozmowę. Wróciłam do Trójmiasta i jest mi dobrze tak, jak jest. Przy mężu. Dlatego Warszawa do mnie nie pasuje, bo kariera nie jest dla mnie najważniejsza. Liczy się rodzina, a poza tym… – spojrzała na niego na krótką chwilę, kiedy stanęli na czerwonym świetle – liczą się pacjenci. Przez wyjazd do Warszawy musiałam w znacznej mierze zrezygnować z gabinetu, a to gabinet jest miejscem, w którym czuję się najlepiej.
Ale nie jest pani lekarzem?
Nie. Jestem optometrystą. Był jeden pacjent, który po wyjściu ode mnie powiedział córce, że był u ornitologa. Może być. Mogę być kimkolwiek, byleby tylko pacjent otrzymał odpowiednią pomoc. Taką, jakiej jestem mu w stanie udzielić. Dlatego chciałam z panem porozmawiać! Bo widziałam ostateczny wynik badania, domyślam się, że może się pan czuć źle, chociaż zapewne nie potrafię sobie tego dokładnie wyobrazić, ale mi też na pewno zrobiłoby się słabo i na pewno byłabym przerażona. – Kończyła zdanie, parkując na jednym z krawężników przy ulicy Świętojańskiej w Gdyni. – Nie będę pana wywozić do Gdańska, bo będzie pan miał potem kawał drogi do terminala. Wiem, że nie chciał pan jeść obiadu, ale tutaj – powiedziała, wskazując na szyld z nazwą miejsca – w Pasta Miasta i tak zawsze trzeba trochę poczekać. Mąż pokazał mi to miejsce, bo ja to jestem fanką wszystkiego, co ma choć odrobinę włoskiego charakteru. Mam nadzieję, że lubi pan makaron? Kawę też pan tu dostanie!
Czuję się namówiony, z przyjemnością zjem z panią obiad.
Jej entuzjazm był tak zarażający, że chętnie spędziłby z nią resztę dnia.
Usiedli w małej restauracji, w której stoliki ustawione były tak, żeby na jak najmniejszej powierzchni zmieściło się jak najwięcej osób. Udało im się zająć miejsce przy drewnianym stoliku przy oknie. Wpatrywał się w nią nieustannie. Czuł, że prawdopodobnie wygląda przynajmniej dziwnie, ale nie mógł przestać. Podobne uczucia miał podczas badań wzroku, które wykonywała dzień wcześniej. Z jednej strony słuchał jej monologu, o tym, że tutaj zamówienia składa się przy kasie, o tym, że oni w tej restauracji sami robią makarony, o tym, że ten z cukinią jest absolutnie najsmaczniejszy, ale poleca również na ostro. Z drugiej strony jednak analizował każdy jej ruch, zastanawiał się, jak szczęśliwym człowiekiem musi być na co dzień i żałował, że każdy człowiek, z którym ma w życiu do czynienia, nie ma w sobie tyle tak dobrej, absolutnie uzależniającej energii. Nagle przerwała. Zrobiło się cicho… pomiędzy nimi, ponieważ na sali nadal było gwarno.
Jak zwykle za dużo mówię. – powiedziała po chwili – Ja bardzo dużo mówię. Staram się z tym walczyć, ale…
Ale nie ma potrzeby, przyjemnie się tego słucha. – wszedł jej w słowo odzywając się po raz pierwszy od dłuższego czasu. – Pójdę złożyć zamówienie. Rozumiem, że mogę polegać na pani rekomendacjach i nie muszę przeglądać całego menu? – uśmiechnął się serdecznie i zabrał ze stołu karty. Kiedy podszedł do kasy, usłyszał, że czas oczekiwania wynosi około czterdziestu minut. Nie ma problemu. Byłoby w sumie wspaniale, gdyby wynosił trzy razy tyle. To jeszcze dwie lemoniady na początek. Kawa już mu dzisiaj nie jest do niczego potrzebna. Spora dawka kofeiny usiadła z nim przy stoliku. Wrócił na swoje miejsce pod oknem.
Od kiedy wiedziała pani, co chce robić w życiu? Jeśli można spytać oczywiście.
Od dłuższego czasu. Na pewno jeszcze długo przed liceum wiedziałam, że chcę studiować optykę i wszystko, co z nią związane, ale jednocześnie ciągnęło mnie do psychologii… – Odpowiedziała i oparła łokcie na stole, odgarniając jednocześnie włosy z czoła.
Myślę, że mogłaby pani być niezłą terapeutką.
No właśnie, to może powie mi pan, jak się pan czuje. – Na stole w tym czasie kelner postawił dwie lemoniady. – Myślałam, że chce się pan napić kawy?
Czuję się na tyle dobrze, że pomimo nieprzespanej nocy, kawa nie jest mi potrzebna. Choć pewnie to, co widziała pani, kiedy spotkaliśmy się na terminalu nie przypominało wyspanego człowieka. Wystarczyła mi… – spojrzał na zegarek – niecała godzina w pani towarzystwie i prawie zapomniałem dlaczego tak się czułem. Chociaż trudno jest zapomnieć o wyroku.
Panie Adrianie to nie jest żaden wyrok, to są na razie pewne domysły, pewne sugestie. Pan się musi jak najszybciej zbadać i dowiedzieć, czy to jest groźna zmiana, czy może po prostu taka pana uroda. Na pewno nie miał pan tego wcześniej?
Nie wiem, być może miałem. Ale wcześniej, zanim pojawiłem się u państwa po raz pierwszy, w ogóle nie zwracałem uwagi na oczy. Widziałem. W okularach co prawda, ale widziałem. Raz na kilka lat szedłem do optyka wymienić oprawy okularowe i to wszystko. Nikt mi nigdy nie powiedział o oczach tyle, ile pani powiedziała mi wczoraj. Nie miałem pojęcia, że to jest takie ważne… Często pani miewa takich pacjentów – ignorantów, jak ja? – uśmiech zszedł mu z twarzy, popił lemoniady i wbił wzrok w blat drewnianego stolika.
Często. Naprawdę. Przykro mi to mówić, ale pod tym względem nie jest pan akurat wyjątkowy. – On podniósł głowę i ponownie zaczął się jej przyglądać. Miała w głosie coś… nieopisanego. Nie był to smutek, ani żal. Był to jakiś rodzaj obawy połączony z troską. Żadnych negatywnych emocji, jedynie niepokój. – Pacjenci, którzy do mnie trafiają, właśnie najczęściej ci, którzy przychodzą tylko po nowe okulary, kompletnie nie mają pojęcia o tym, że z oczami może dziać się coś więcej. Tłumaczenie im, że są choroby, które nie dają objawów dopóki nie są trudne do wyleczenia, czasem nie przynosi żadnych efektów. Nic ich nie boli, więc nie ma problemu. Wie pan co ja wtedy robię? Proszę, żeby zamknęli oczy. Czasem dodatkowo gaszę światło w gabinecie. Pytam, co widzą. Odpowiadają, że ciemność. I potem albo proszę, aby w tej ciemności otworzyli oczy, albo pytam ponownie, co by zrobili, gdyby się okazało, że już nigdy tych oczu nie otworzą. Że nie zobaczą nikogo ze swojej rodziny, swojego dziecka, psa, domu, żony… – przerwała. Spostrzegła, że on znowu zaczynał wyglądać tak, jak jeszcze niedawno, na terminalu – Przepraszam. Ale pan jeszcze nie wie, co będzie dalej. Nie można myśleć negatywnie!
To nie o to chodzi. Pomyślałem zupełnie w innym kierunku… Pomyślałem, że ja nawet ze zdrowymi oczami nie mam na kogo patrzeć. Mojej matki już nie ma, żony i syna również. Wracam do Sztokholmu, ale nic ani nikt tam na mnie nie czeka. Może wcale nie jest mi potrzebny wzrok?
Ależ co pan opowiada! Bardzo mi jest przykro z powodu pana rodziny. Bardzo. Gdybym wiedziała, nie opowiadałabym panu tego, ale zapytał pan o pacjentów. Jestem przekonana, że jeszcze wszystko się poukłada w pana życiu! Dlaczego nie mieszka pan w Polsce? – Nieco nieśmiało, delikatnie chwyciła go za przedramię, żeby sprowokować jego spojrzenie, żeby zobaczyć jego oczy. Widziała tę plamkę na tęczówce, której tak się teraz bał.
Żona chciała wyjechać, oczywiście za pieniędzmi. Matka została tutaj, jej stan się pogorszył z dnia na dzień, nawet nie zdążyłem wrócić. Nie zdążyłem… Potem tam, za granicą, najpierw żona, potem niespodziewanie syn… To wszystko brzmi jak z najgorszego filmowego scenariusza, ale to kilka ostatnich lat mojego życia. I wczoraj ten lekarz powiedział, co powiedział… Nie chciałem tu dłużej być. Byłem nieprzytomny, spałem w jakimś pierwszym lepszym pensjonacie, bo nie do końca umiałem się w tym wszystkim odnaleźć. Dzisiaj rano wróciłem do hotelu i odwołałem lot, a potem spotkaliśmy się na terminalu… Nie wiem co mam teraz robić…
Przede wszystkim proszę się nie załamywać. Może powinien pan wrócić do kraju? Może będzie panu lepiej? Zostawi pan tam jakąś część wspomnień, zaopiekujemy się pana oczami. Wszystko się ułoży.

Szanowni państwo! Takie macie szczęście! Inna para zrezygnowała z powodu wydłużonego czasu oczekiwania i akurat zamówili dokładnie to samo, co wy! – aż podskoczyli, kiedy usłyszeli nad sobą donośny i energiczny głos kelnera. Podał im talerze, podziękowali, ale nie zabrali się za jedzenie.

Przyznam szczerze, że brzmi to chyba znacznie lepiej niż powrót do Sztokholmu. Nic mnie tam nie trzyma. Spróbuję skonsultować swój przypadek tam, znajdę mieszkanie w Polsce i może ma pani rację, może wrócę i zawalczę o swój wzrok… – powoli zaczął przesuwać widelec z makaronem po talerzu, jednak nie kierował jedzenia do ust.
Dam panu wizytówkę, będziemy walczyć o ten wzrok razem. Nawet pan nie wie ilu moich pacjentów regularnie do mnie dzwoni i opowiada o wynikach badań. Uwielbiam to w swojej pracy. Proszę pamiętać, że to uwielbiam i proszę sobie nie żałować, kiedy tylko będzie pan potrzebował pomocy.
Skąd się pani wzięła? – popatrzył jej w oczy i znowu uśmiechnął się, jak wtedy, kiedy dogonił ją pod terminalem. – Gdybyśmy tylko mieli na świecie więcej takich zaangażowanych lekarzy…
Nie jestem lekarzem. Jestem optometrystą. I mamy. Proszę mi uwierzyć, że mamy. Być może wciąż za mało, a może to system powoduje, że człowiek w pewnym momencie nie odczuwa już tej pasji, którą czuł na początku. Sama nie wiem, może za 15 lat będę miała dość i będę chciała odejść. Na razie jednak chciałabym panu pomóc. Smacznego. – rozpromieniła się ponownie i puściła jego rękę. Zaczęli jeść obiad, rozmawiając przy tym o życiu w Szwecji, o swoich innych pasjach, a nawet o pogodzie i o jakości pokoi na promie do Karlskrony. Przesiedzieli w restauracji kolejne dwie godziny, popijając jedną lemoniadę za drugą i nie zwracając uwagi na upływający czas. Kiedy wyszli, zaproponowała mu krótki spacer bulwarem nadmorskim w Gdyni, opowiadała historię swojej przeprowadzki do Trójmiasta, a on przyznał się, że kiedy był młody myślał poważnie o pielęgniarstwie, na które ostatecznie się nie zdecydował ze względu na paniczny strach przed wszelkiego rodzaju igłami. Odwiozła go na terminal dwie godziny przed odpłynięciem jego promu. Wyciągnęła z torebki swoją wizytówkę i poprosiła, aby zadzwonił od razu, jak tylko dowie się czegokolwiek na temat zmiany na tęczówce, która tak zbiła go z nóg dzień wcześniej. Był jej wdzięczny. Wszystko to, co przeżył przez ostatnich kilka godzin było złożone z tak skrajnych emocji, że trudno je było do końca poukładać w głowie. Wiedział jednak, że musi podejść do problemu ze spokojem. Wiedział również, że od tej pory na pewno, cokolwiek się nie wydarzy i bez względu na najbliższą diagnozę, będzie regularnie badał wzrok i będzie do tego namawiał każdego, kogo spotka na swojej drodze. Zostawiła go na terminalu i wróciła do domu.

Zadzwonił trzy tygodnie później. Wraca do Polski. Zmiana na tęczówce okazała się być niegroźną zmianą barwnikową, pozostawioną do obserwacji.

_______
Tekst bierze udział w konkursie AccorHotels
Hotel Mercure Wrocław

Dodaj komentarz