Optometrysta od kuchni – wpis urodzinowy

Przy okazji tego wpisu chciałabym Wam pokazać mój najcudowniejszy na świecie tort urodzinowy, wykonany przez Agnieszkę Duszyńską.
optometrist birthdayDuszka – niesamowite torty – strona www oraz fanpage :)
Tort był przepyszny, o smaku Red Velvet :)
___________

Co jakiś czas widzę wpisy urodzinowe na innych blogach, pomyślałam sobie – ja też taki napiszę, a co!
W końcu mam urodziny, to mogę, prawda?

A poza tym od jakiegoś czasu, poza pytaniami o wzrok, zadajecie również pytania o moje inne hobby, zwyczaje, ulubione książki itp.
Zatem proszę, 27 ciekawostek o mnie (niektórych nie znają nawet najbliższe mi osoby).

1. Kiedy byłam mała, kochałam się w Zorro. – Nie żartuję, naprawdę. Nawet pisałam do niego listy (i odpisywał!). Dopiero w późniejszych latach dotarło do mnie, że charakter jego pisma jest identyczny z charakterem pisma mojej Mamy, więc… no cóż. Skończyło się tak, jak ze świątecznym Mikołajem…
Zorro był jednak na naszym weselu, o czym możecie przeczytać u Niepoprawnej Panny Młodej, jeśli tylko macie ochotę!

2. Tańczę odkąd pamiętam. I odkąd nie pamiętam podobno też. – Mama nie mogła słuchać muzyki w ciąży, bo kopałam jak wariatka. Nie ma w domu takiego nagrania z dzieciństwa, na którym bym nie tańczyła i nie śpiewała, chociaż przez chwilę.

3. Nie zawsze miałam krzywy nos. – Pewnego dnia zaliczyłam po prostu bliskie spotkanie z kaloryferem, zresztą z powodu opisanego w punkcie powyżej. Tańczyłam, tańczyłam i zniknęłam z pola widzenia.

4. Nie zawsze też chciałam być optometrystą, na przykład jako mały karaluch chciałam pracować w sklepie rybnym i nakładać ręką śledzie przez woreczek. – Nie umiem tego skomentować.

5. Kiedy w Domowym Przedszkolu 6 grudnia Mikołaj rozdawał prezenty, stawałam przed telewizorem z zamkniętymi oczami i wyciągałam ręce. – Prezenty dostawały niby tylko grzeczne dzieci, więc do tej pory nie rozumiem dlaczego, ale zawsze coś mi się udało z tego telewizora wyciągnąć.

6. Nigdy nie wagarowałam w szkole (zaznaczam, że nie mam na myśli studiów). – Wiecie jak to jest w szkole, jak cała grupa idzie, a jedna menda się wyłamie. Wszyscy się na nią wściekają, że lizus i te sprawy. No nie szłam i koniec. W środku w Czesiu trochę mi było żal, że kosztem sympatii rówieśników, ale z drugiej strony asertywność warto ćwiczyć od małego, no nie? A prawda jest taka, że byłam po prostu grzecznym dzieckiem :D (Rodzice pewnie mają odmienne zdanie) i wiedziałam, że nie wolno mi wagarować i kropka. (Żebyście mi teraz nie wytknęli punktu 5 – czasy Mikołaja w Domowym Przedszkolu i czasy szkolne to kilka lat różnicy, żeby nie było, że zaprzeczam sama sobie). Byłam grzeczna! No nie mówcie, że nigdy niczego sobie nie wmawialiście.

7. Pisałam smsy w kieszeni. – Kiedy jeszcze telefony nie były dotykowe, kiedy trzeba było każdą literę wpisywać osobno i kilka razy klikać jeden przycisk, żeby wybrać odpowiednią. Pisałam w kieszeni. I jakimś cudem NIGDY się nie pomyliłam. Potrafiłam nawet wysłać smsa do odpowiedniej osoby, pamiętając kolejność wszystkich czynności i znając listę kontaktów na pamięć.

8. Maniakalnie grałam na maszynach z maskotkami. – Na promenadzie w Świnoujściu było ich mnóstwo, kiedy byłam dzieckiem. Potrafiłam przynosić do domu całe siaty maskotek, które do dzisiaj mam w kartonach i trzymam dla potomstwa. O ile nic ich jeszcze nie zjadło.

9. Zanim skończyłam 18 lat marzyłam o pójściu do kasyna, takiego z prawdziwego zdarzenia. – Obiecywałam sobie, że jak tylko będę pełnoletnia pójdę sobie pograć. Potem wyznaczyłam sobie 21. urodziny na kolejny deadline. Do dzisiaj nie byłam. Pomijając kasyno na Bahamach, w którym przegrałam całe 3 dolary.

9. Tu nie będzie zaskoczenia – uwielbiałam grać w Super Mario Bros. – No nic dziwnego. Ale… kiedy grałam z przyjaciółką, musiała biedna poczekać sporą ilość czasu, aż na jednym życiu skończę grę i uratuję księżniczkę. Trening czyni mistrza, cnie?

10. Każdy rok szkolny kończyłam świadectwem z paskiem, więc chyba miałam łatkę kujona. – Prawda jest niestety taka (i aż głupio to przyznać), że wcale nie wkuwałam jak wariatka, dla dobrych ocen. Wyglądało to raczej dokładnie odwrotnie – siedziałam w kącie pokoju z książką na kolanach, więc kiedy zaglądali do mnie Rodzice, bardzo pilnie się uczyłam, a przed książką trzymałam takie cudo szare, plastikowe, wiecie jakie… po prostu tłukłam w Tetrisa. No naprawdę.

11. Najgorzej było, kiedy… mówiłam, że nie umiem, a dostawałam dobrą ocenę. – Przypuszczam, że każdy kiedyś przeżył wściekłość na kogoś innego z tego powodu. Odczułam to nie raz na studiach, kiedy takie sytuacje przytrafiały się znajomym (mi już znacznie rzadziej). Był nawet w gimnazjum taki sprawdzian z fizyki… wróciłam do domu ZAPŁAKANA, że poszło mi tragicznie, że pozapominałam wzorów i jestem beznadziejna. Okazało się, że wzór, którego nie pamiętałam, to było coś w stylu X= AxB, a ja wyprowadziłam sobie inny (zajęło mi to dwie strony A5), taki do którego byłam w stanie podstawić dane… okazało się, że też zadziałało. I co? Wróciłam z oceną celującą. Ze sprawdzianu, który „skopałam”. I przysięgam Wam, że pamiętam to tak dobrze do dzisiaj, bo naprawdę nie wiem, jak to się wtedy stało.

12. Cztery lata temu rozchorowałam się dosłownie godzinę przed północą w Sylwestra. – Kiedy strzelały fajerwerki, siedziałam w taksówce i jechałam do domu z gorączką 39 stopni. Od tamtego felernego Sylwestra nie było miesiąca, w którym nie byłabym w podróży. Łącznie z trasą
Świnoujście-Wrocław-Debrzno-Świnoujście-Wrocław-Zamość-Wrocław-Stambuł-Wrocław, która była absolutnym szaleństwem i trwała ! 14 dni (bo w Zamościu było wesele, a w Turcji spędziłam trzy dni z nich).

13. W liceum pisałam smutne wiersze. – Pewnego dnia oddałam ich kilkanaście mojej nauczycielce, ponieważ chyba chciała wybrać coś na konkurs. Wiecie jak to się skończyło? Nie… konkursem nie. Chciała mnie zaprowadzić do szkolnego psychologa i zapewniała, że jak będę potrzebowała porozmawiać, to mam koniecznie dać znać. No cóż.

14. Teraz będzie pikantnie! Zdarzyło mi się popracować kilka, może kilkanaście dni w klubie gogo. Nie, nie, aż tak roztańczona nie byłam, roznosiłam drinki. Byłam kelnerką i jedyną ubraną dziewczyną w klubie. Szczerze mówiąc moja psychika tego nie udźwignęła. Odeszłam pod jakimś tam pretekstem, bo… no nawet nie ma sensu tłumaczyć.

15. Nie lubię czytać książek w telefonie, komputerze, czytniku, czymkolwiek. – Jestem dinozaurem z epoki kamienia łupanego (nie wiem, czy wtedy były dinozaury, chyba nie…) i jeśli mam czytać książkę, to tylko papierową. Na studiach potrafiłam drukować setki stron, kupować wszystkie możliwe pozycje potrzebne do nauki, byle tylko nie musieć uczyć się lub czytać z elektronicznego ekranu. Nieśmieszne. Taki tam poważny podpunkt.

16. Kolejny nieśmieszny podpunkt. Podczas studiów brałam suplementy diety na usuwanie wody z organizmu. – Od zawsze prawie nie piję wody. Nie piję, nie dlatego, że nie lubię, po prostu nie umiem wypić tyle płynu, ile trzeba. Więc nie dość, że nie piłam, to jeszcze specjalnie i celowo się odwadniałam. Brawo ja. Efekt? Odwarstwienie ciała szklistego w obu oczach. (Kiedyś Wam o tym opowiem.)

17. Nie cierpię piwa! – Powtarzano mi, że nauczę się je pić na studiach. Nic z tego. Fu i koniec. Za to wino w każdych ilościach. (Nic nie mówiłam.)

18. Kiedy byłam mała, lubiłam bawić się w kuchni. – W kucharza też, ale to nie o to chodzi. Lubiłam ludziom spuszczać różne rzeczy na głowę z okna. (Może nie powinnam tego głośno mówić?) Nikogo w każdym razie nie zabiłam. Zmarnowałam Mamie tylko trochę mleka, mąki… same lekkie rzeczy. Ot wielka afera.

19. Mąż mnie udusi, ale muszę. Zaręczyliśmy się po tygodniu związku i po miesiącu znajomości. – Poważnie. Pochodzimy z M. z jednego miasta, ale tylko On uważa, że się tam kiedyś poznaliśmy. Ja tego nie pamiętam. Poszliśmy razem na koncert 19 sierpnia, 5 września byliśmy razem, 13 miałam pierścionek na palcu. 1,5 roku później został moim mężem. I żyli długo i szczęśliwie. Taki przynajmniej mają zamiar. I proszę mi nie wytykać, że wyprowadziłam się po czterech miesiącach od ślubu do innego miasta! Za chlebem pojechałam. Jestem usprawiedliwiona.

20. Największa ortograficzna wpadka w szkole? Miałam uzasadnić, dlaczego piszemy
„w górze” … dlaczego? Przecież to oczywiste! „W górze, bo w dole!”
Chodziło o ‘rz’ ? A to sorry, myślałam, że o ‘ó’.

21. Mam wizje katastroficzne. – Na przykład, kiedy widzę, że kelnerka idzie z tacą, na której niesie kieliszki, wyobrażam sobie jakby to było, gdyby się przewróciła i co by się stało z jej twarzą. Psychiatra potrzebny od zaraz.

22. Boję się ciszy i ciemności. – Prawie dwa lata mieszkałam sama we Wrocławiu podczas studiów i autentycznie chodziłam wiecznie niewyspana. Potrafiłam dzwonić do ludzi po nocach i rozmawiać z nimi do 4 rano. Kiedy zaczęłam już rozmawiać z meblami, postanowiłam sprawić sobie kota.

23. Śpi ze mną kot. Ale nie ten z punktu 22. Pluszowy. W sumie to już chyba nawet nie pluszowy. – Chodziłam jako dziecko do szkoły muzycznej i przez jakiś miesiąc patrzyłam na niego, leżącego tak smutno w samotności za szybą sklepową. Zawsze obiecywałam mu, że zabiorę go w końcu do domu. Zabrałam. Wygrałam konkurs w tej szkole muzycznej, a nagrodą było chyba 40 niemieckich marek (taaak, to było tak dawno!). Zabrałam go do domu i śpi ze mną do dzisiaj. Pies przyjaciółki chciał mu wygryźć oko i przypaliłam mu głowę, bo zapomniałam, że leży pod włączoną lampką nocną. Uratowałam go, kiedy już leciał mu z tej główki dymek. Przeżył sporo, ale ma się dobrze. Chyba. I jest ze mną.

24. Zabiję każdego kwiatka. – Nawet sztucznego. Nigdy nie kupujcie mi kwiatków. Poza tym, że nie lubię ciętych (wyjątkiem są goździki), doniczkowe żyją przy mnie maksymalnie miesiąc. Choć zawsze staram się z nimi rozmawiać i przekonywać, że o nie bardzo dbam.

25. Przez dwa lata biegałam od czwartku do niedzieli z aparatem po wrocławskich klubach – Poznałam niesamowicie pozytywnych ludzi i pomimo ogromnego zmęczenia, nie żałuję ani minuty spędzonej w tamtej pracy. Pomijając jeden wieczór, kiedy jechałam samochodem podczas strasznej burzy / oberwania chmury, chyba przerysowałam zaparkowany samochód (nie wiem, bo nie było nic widać) i prawie urwałam drzwi na ostrym zakręcie (mój samochód był dowcipny, wsiadać musiałam zwykle przez bagażnik, bo drzwi nie chciały się otworzyć… ale otwierały się w trakcie jazdy. Tak. Wsiadałam przez bagażnik. Jeśli to można nazwać „wsiadaniem”.)

26. Dwa powyższe lata studiowałam również zaocznie realizację dźwięku. – Może dlatego, że nudziło mi się na Politechnice? Nie… Nie dlatego, chociaż faktycznie dołożyłam sobie trochę zajęć. Skończyło się to w ten sposób, że miałam studia stacjonarne, co dwa tygodnie studia zaoczne, pracę po nocach od czwartku do niedzieli i… miałam 10kg mniej. A poza tym byłam jedną z chyba czterech? dziewczyn na roku i rewelacyjnie się bawiłam. To były zdecydowanie najlepsze lata studiów. Pozdrawiam wszystkich kolegów realizatorów! Szkoda, że tych czasów nie da się tak po prostu powtórzyć.

27. Co by tu na koniec… Może jakoś tak na poważnie, żeby nie było. – Mam tatuaż. – Zrobiła mi go koleżanka, na Islandii. Taki tam napis „Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą”, po angielsku. Pompatycznie, no nie? Ale to naprawdę działa. Polecam. Nie tatuaż. Motto.

———

28. Obiecuję nie robić takich wpisów co roku!

Dodaj komentarz